SPIS TREŚCI:

WSTĘP

I. UTRAPIENIA DZIECIŃSTWA
CZY CHCĘ MIEĆ DZIECI, DECYDUJE JA?
SIŁA I KRUCHOŚĆ ŻYCIA
DROGA SAMOTNEGO DZIECKA
NAJPOTĘŻNIEJSI WROGOWIE TO MOI RODZICE
BRAKUJE MI… GDY BYŁAM MAŁYM DZIECKIEM

II. CIENIE DOROSŁOŚCI
GRA POZORÓW
CO ZROBIMY DLA PIENIĘDZY?
ROZMOWA Z HAŃBĄ
STRACONE MARZENIA EGOISTKI
ZBAWIENNA SAMOTNOŚĆ PO PIEKLE WE DWOJE
DROGA SAMOTNEJ MATKI
DROGA SAMOTNEGO OJCA
TSUNAMI KRYTYKI
DROGA SAMOTNEGO WILKA
NADZIEJA – BEZWZGLĘDNA MORDERCZYNI
NISZCZĄCA PRAWDA
POTRZEBNA ZDRADA
PIEKIELNA REZYGNACJA
PO PRZEKROCZENIU PEWNYCH GRANIC
NIE MA ODWROTU
ZANIM KOGOŚ OCZERNISZ PODŁYM SŁOWEM
PRZEZROCZYSTE SŁOWA
SPACERUJĄC PO DNIE

III. CENA WOLNOŚCI
LAS SAMOTNOŚCI
WIEŻA WOLNOŚCI
GŁOS MIŁOŚCI
ZWYCIĘSTWO REZYGNACJI
PRAWO NAŁOGU
ŚMIERTELNA PRAWDA
WOLNOŚĆ
DRZEWA MARZEŃ

KONIEC

SIŁA I KRUCHOŚĆ ŻYCIA

Dzień, kiedy Dziecko pojawia się na świecie, zmienia dotychczasowe życie nieodwracalnie. Ukazuje jego nową i nieznaną odsłonę. Czas wolny wypełniony jest już zawsze obecnością Małego Człowieka. W pracy nieustannie jest w myślach. Cały dom kręci się w rytm dziecięcych kołysanek i zachcianek, które chcesz spełniać z radością. Kolejny i następny rok to gigantyczne pokłady nieznanych doświadczeń, nowych sytuacji i serca wypełnionego miłością i troską o Twój Skarb. Przelewacie łzy radości i smutku. Uczycie się wzajemnie wspólnego życia, które jest powiązane najmocniejszą więzią, jaka istnieje. Jest ci smutno, kiedy na Małej buzi pojawia się krzywa minka i cieszysz się z najmniejszej drobnostki, jaka ją rozwesela i cieszy. Przeżywasz każdy upadek, każdy sukces, każdą chorobę i kolejny osiągnięty wspólnie cel. Starasz się pokazać, jak najwartościowszą stronę życia i przekazać najpiękniejsze wartości, jakie znasz. Uczysz dotykania świata z wrażliwością. Patrzenia na niego z uwagą i dokładnością. Oddajesz całe swoje doświadczenie i wiedzę, aby ułatwić małym nóżkom chodzenie po wyboistych i krętych ścieżkach życia. Usuwasz kłody rzucane przez los i kłopoty codzienności, biorąc je na własne barki, byle tylko ulżyć w cierpieniach czy niepowodzeniach swojej Mniejszej Części.

Wszystko układa się w miarę stabilnie i spokojnie do czasu, kiedy masz kontrolę nad Dzieckiem, które rozwija się i rośnie, chłonąc świat oraz wartościując go pod twoim wpływem. Skarb zbiera informacje i doświadczenia latami, układając je po swojemu. Przypatruje się naukom, ludziom i życiu, jakie je otacza. W końcu dojrzewa do chęci podejmowania decyzji i zaczyna sygnalizować, że chce już myśleć samodzielnie. Zaczyna coraz głośniej upominać się o swoje prawa i możliwość decydowania o sobie, bez twojego udziału.

Do tej pory nie znałeś takiej twarzy swojej latorośli. Minione lata przyzwyczaiły cię do tego, że ty decydujesz, oceniasz i wybierasz. Nie było sprzeciwu czy niezadowolenia. Byłeś autorytetem i nikt tego nie podważał. Nie spodziewałeś się, że nastąpi czas dyskusji, negacji i walki o każdą rzecz. Teraz wszystko staje się inne. Pewnego dnia rozpoczynacie kolejny etap. Rozdział przepełniony oporem i nienawiścią, której się nie spodziewałeś. W nim jesteście dla siebie wrogami…

Żyłeś w przekonaniu, że wychowywałeś dziecko w zrozumieniu i szacunku. Przekazywałeś zasady i uczyłeś moralności wierząc, że postępujesz słusznie i odpowiedzialnie. Ufałeś w wasze porozumienie do dnia, w którym usłyszałeś, że to wszystko, co ty uważasz za cele i słuszności jest gówno warte…

Po oszołomieniu, jakie długo dusiło, łudzisz się, że to tylko chwilowe pogorszenie relacji. Kolejne dni i tygodnie pokazują jednak, że oddalacie się z kosmiczną prędkością, a ty stajesz się niewygodnym komentatorem, na którego nikt nie zwraca uwagi. Walczysz dzielnie o posłuch i akceptację, starasz się niezmiennie, aby mieć wpływ na decyzje oraz wybory, jakim się przypatrujesz. Tak. Tylko obserwujesz, bo nikt nie pyta cię o radę czy zdanie. Już nie potrzebne są twoje opinie i pomoc. Stajesz się odsunięty, niepotrzebny. Zbędny. Właściwie może to byłoby jeszcze nie najgorsze, ale ty ewidentnie przeszkadzasz!!! Nie chcesz siedzieć cicho i wtykasz nos w nie swoje sprawy! Nie swoje? Na litość boską, przecież wszystko, co wiązało się dotychczas z tą Osobą pochłaniało cię i absorbowało do reszty! Żyłeś wspólnym życiem i za nic nie możesz zrozumieć, jak to się stało, że zostałeś z niego bezpardonowo wyrzucony!!! Wszystko, co dotychczas było dobre, staje się złe. Razem – teraz już nie istnieje. Przyglądasz się z niedowierzaniem Dziecku, które staje się kimś, kogo nie znasz. Nie rozumiesz. Nie poznajesz …

Szukasz rozwiązań. Winisz się bezustannie, wytykając swoje błędy. Dopatrujesz się momentu, w którym zawiodłeś czy przegapiłeś coś, co spowodowało taki stan rzeczy. Dręczysz się i nie potrafisz pogodzić z tym, że coś poszło nie tak, mimo starań i miłości, jaka cały czas wypełnia twoje serce. Dusza ci krwawi, jak patrzysz bezsilnie na własne dziecko, które niszczy się i miota.

Chcesz je chronić, chcesz pomóc, ale nie jesteś w stanie na siłę zawrócić z drogi, z jakiej zejść nie chce. Szukasz pomocy u fachowców, lecz tam odbijasz się od niemocy i prawa, jakie stanowi, że nic nie możesz na siłę zrobić. Macie się dogadać. Innej możliwości nie ma. Liczysz na wsparcie zaprzyjaźnionych rodzin i znajomych, ale tylko dowiadujesz się o powszechności tego zjawiska. Płaczesz po nocach, dusząc się pod ciężarem winy i bólu, a każdy kolejny dzień przynosi następne i następne porażki – jako rodzic, człowiek i przewodnik…

Nie jesteś w stanie powstrzymać tego, co się dzieje. Nie możesz już wyłączyć głupawego programu w TV. Nie ty wybierasz znajomych. Już nie szykujesz ubranka na rano, żeby się nie spóźnić do szkoły. Nikt nie chce do niej chodzić! Nie wiesz, co robić!! Wariujesz, widząc coraz większą destrukcję, samotność i dziwactwa, jakim poddaje się najdroższa ci Osoba. Obserwujesz samookaleczenie, patrzysz na stan po używkach i słyszysz tylko, że na Tobie, Skarbowi już nie zależy. Nic nie potrzebuje. Nie pragnie. Że wszystko jest bez sensu, łącznie z życiem, którego nie chce… Wpadasz w panikę. Zaczynasz się bać każdego kolejnego kroku, żeby nie popełnić błędu, żeby nie przyczynić się do jakiegoś desperackiego kroku bez odwrotu. Tak bardzo chcesz to zmienić, ale nic nie możesz zrobić!!! Krzyczysz – czasem bezradnie – dlaczego???!!!

Jak pomóc tej Młodej Osobie, która straciła wiarę w życie? Jak przekonać, że jednak warto walczyć i trwać, chociaż dla kilku szczęśliwych chwil… Jak odnaleźć porozumienie i uwagę? Przekonałeś się doskonale, że nie ma dialogu, jeśli ktoś nie chce rozmowy…Oskarżasz się o wiele rzeczy. Nie pamiętasz już, jak to jest wspólnie się uśmiechać. Trwasz w zawieszeniu i niepewności. Już nie wiesz, czego możesz się spodziewać… Jak robot robisz zakupy, pranie… Ubierasz się, nie patrząc w co. Zasuszone kwiatki wypadły z doniczek… i nic nie szkodzi…

Pewnego dnia tępo patrzysz na „Mechaniczną Pomarańczę”, gdzie sceny, jakie znasz, nie robią już żadnego wrażenia. Podchodzi do ciebie „Smutek” z drugiego pokoju. Siada obok, bierze za rękę i cicho mówi: „Pomóż mi… pogubiłem się… nie dam sobie z tym rady. Mam tylko ciebie”. Nie jesteś w stanie nic powiedzieć. Płaczecie głośno, obejmując się, że aż boli…

Rozpoczynacie kolejny etap. Wspólny. Wygrało życie…

…jest teraz tyle do zrobienia…

GRA POZORÓW

Czwórka przyjaciół, jak co miesiąc, spotkała się na sobotnie omówienie oczywistych sukcesów i życiowych rozterek. Znają się ponad dwadzieścia lat, więc wszelkie tajemnice zostały już dawno odkryte jeszcze w szkole czy na podwórku. Łączy ich szacunek, więź i poczucie bezpieczeństwa we własnym gronie. Spotkania odbywają się bez niespodzianek, a wspólnie spędzone lata pozwoliły na zrozumienie się w takim stopniu, że wspierają się pozytywną krytyką i w razie kłopotów mogą liczyć na wzajemną pomoc i zrozumienie. Czyżby?…

Lubią swoje towarzystwo i poznaną przez lata przewidywalność. Pasuje im przebieg spotkań, na których cztery różne charaktery dzielą się ze sobą uczuciami i emocjami, z uporem broniąc swoich racji. Znają się i akceptują. Tak o tym myślą. Tak szczerze uważają, kiedy porządkują swoje życia i rozpatrują sens wyborów, w których chcą być konsekwentni. W ten sposób wartościują te spotkania, które na czas ich trwania, pozwalają im na odgrywanie oscarowych kreacji…

Trzy dziewczyny – właściwie już poważne kobiety – i jeden chłopak, który doskonale czuję się w ich towarzystwie. Trzy przedstawicielki damskich przekonań i on – reprezentant męskiej populacji – Ten, który mimo wielkiej sympatii i szacunku do przyjaciółek potrafi postawić na swoim. Ceniąc sobie wymianę spostrzeżeń i omawiając wspólnie wiele życiowych sytuacji, nie ranią się, nie obrażają. Od lat uważnie i delikatnie, lecz zdecydowanie, bronią swoich poglądów i przekonań. Przy kolejnych butelkach biało-czerwonego wina wspólnie gotując i degustując swoje kulinarne popisówki, opowiadają o sobie i tych, z którymi posplatali swoje drogi, bądź później je separowali…

***

Grupa przyzwyczaiła się już do władczych zapędów Moni, która nie kryje swoich skłonności do tyranizowania otoczenia. Przebojowa, zdecydowana, pewna siebie, ma odpowiedź na każdą ewentualność. Perfekcyjna, nigdy nie pozwala sobie na element zaskoczenia. Coraz bardziej wymagająca i kapryśna. To skutecznie odstraszało kandydatów do jej ręki. Przez lata budowała wizerunek niezależnej i absolutnie samowystarczalnej, co ostatecznie zostało przyjęte, zaakceptowane i respektowane. Uznane za pewnik, nie tylko w towarzystwie sobotnich kompanów, ale i otoczenia, które wokół siebie w odpowiedniej odległości precyzyjnie ustawiła. Na spotkaniach uśmiechnięta, może zbyt hałaśliwa, lecz radosna i spełniona, co udziela się reszcie grupy na tyle, że pozwalają jej na upust nagromadzonej energii i emocji.

Renata spokojnie i z lekkim dystansem śledzi prowadzone dyskusje, umiejscowiona, jakby trochę z boku. Zabiera głos i wypowiada swoje opinie bez spontanicznych uniesień, jakich się boi i unika. Waży każde słowo, mimo wielokrotnych zapewnień przyjaciół, że przy nich może wszystko i zostanie to przyjęte ze zrozumieniem i dyskrecją. Nie pozwala sobie też na upojenie alkoholowe, uchodząc w domu za ideał kobiecości i matczynej troski, co szanują pozostali procentowi. Wyszła za mąż za kolegę ze studiów, rodzina zawsze była dla niej priorytetem a wychowywanie dzieci stało się celem i spełnieniem. Nigdy nie skarżyła się na małżeńskie problemy, czy kłopoty wychowawcze z dwójką dorastających synów. Opanowana, cicha, dyskretna, delikatna. Niezmiennie idealizując rolę rodziny i bezcennych wartości, jakie niesie ze sobą poświecenie wszystkiego jednej osobie. Tej, przy której się konsekwentnie i lojalnie trwa. Ilekroć mowa była o zdecydowanym egoizmie Moniki, czy samotności Xawiera, starała się pokazać przyjaciołom, jasne strony dzielenia życia z kimś, kogo się zna, szanuje i komu się ufa.

Vivi od dziecka była indywidualistką i outsiderką. Jak tylko coś można było zrobić na opak czy na przekór – przewodziła temu bezapelacyjnie. Uduchowiona idealistka, przekonana o sensie uczuć wyższych oraz niepodważalnej wartości miłości. Drwiąca z siły pieniądza i materialnych uzależnień, o których musi słuchać również na weekendowych wynurzeniach. Niezmiennie deklarująca wybór wrażliwości w życiowych decyzjach, mimo wykorzystywania
i pobłażliwego wyśmiewania. Trwa w swoich przekonaniach przeważnie samotnie, wierząc w miłość i jej siłę. Czeka na chwilę, w której dosięgnie gwiazd z wymarzonym ukochanym, przekraczając wszelkie granice. Cierpliwie czeka na bajkę, której dopisuje kolejne i kolejne, coraz bardziej fantastyczne perypetie. Zaufała losowi i liczy na szczęście, jakie będzie jej dane dzielić w zrozumieniu i całkowitej szczerości. Często przy okazji dyskusji obrusza się na przyjaciół, którzy chcą sprowadzić jej nierealnie lewitującą duszę na ziemię, gdzie niestety przyszło jej trwać. Zacina się, jak mała dziewczynka przy tych krytykach, by i tak wygłosić końcowe zdanie, o absolutnej przynależności i jedności na zawsze…

Xawier zawsze był sam. Od kiedy dziewczyny pamiętają tego krnąbrnego wielkoluda, miał inne podejście do bliskości i współdzielenia życia. Z wiekiem ugruntował wizję optymalnego świata, który składał się wyłącznie z jego osoby. Z przekonaniem podkreślał, że nie szuka zrozumienia i bliskości. Szanował oczekiwania damskich powiernic, jednak za nic nie dał się przekonać na stan odczuwania czy niekontrolowanych porywów. Zawsze stanowczy, zawsze pewny swoich racji. Małomówny i konkretny. Miły, ale uparty, co budziło w dziewczynach podziw, dla jego siły, męskości i przekonań. Zatopiony w swojej rzeczywistości, realizował pragnienia poprzez pasje, jakimi stały się podróże i coraz wymyślniejsze formy usprawniania i ulepszania własnego ciała. Kobiety odbierały to czasami, jako obsesję, graniczącą z fanatyzmem, jednak podziwiały samozaparcie i konsekwencję. Atletyczny, wysportowany Xawier wzbudzał kolejne piski w gromadkach adorujących go młodych dam, jednak nigdy nie pozwalał sobie na przekroczenie pewnych granic. Nigdy na zbyt osobiste kontakty, mogące zaburzyć jego ustalenia i zasady. Uprzejmy, ale surowy. Uczynny, pomocny, ale niechętny… Niewzruszony… Zimny…

***

Nad ranem rozeszli się do swoich domów. Pożegnali się serdecznie, uspokojeni, że wszystko wygląda tak, jak wyglądało i świat turla się ustalonym torem, mimo kataklizmów, porażki Euro, marzeń i rosnących kredytów.

Wrócili do swoich łóżek, ale żadne z nich tej nocy nie zasnęło…

Monika w swoim apartamencie zatopiona w poduszki pisze smsy do kolejnych mężczyzn, którzy uciekli od bezczelnej i agresywnej pozy, bez której nie potrafiła pokazać się na zewnątrz. Tak bardzo zależało jej na byciu żoną i matką, że paraliżowała ją wizja zdrady prawdy. Chciała kochać i być kochaną tak mocno, że strach przed odrzuceniem i porażką, zmieniał ją w nieczułą sukę. Na tyle bała się odepchnięcia, że wołała pierwsza zranić i odrzucić, mimo późniejszych łez i próśb o wspólną szansę…

Wysłała godzinami smsy… lecz telefon uparcie milczał…

Renata położyła się w sypialni małżeńskiej, w której jednak nikt nie czekał. Od wielu lat wiedziała o licznych kochankach męża, które, jak wspólnie postanowili, wniosła w swoje obowiązki – po omówieniu warunków ewentualnego rozstania. Zaakceptowała wyjazdy służbowe i prezenty dla młodych dziewczyn oraz samotne noce tak oczywiste, jak ta dzisiejsza. Zrobiła to za cenę utrzymania zakłamanego wizerunku szczęśliwej rodziny, gdzie nie spełniło się „na zawsze” wypowiedziane w białej sukni, któremu tylko ona pozostała wierna…

Vivi wracając taksówką, odwiedziła odległą od domu okolicę. Chwilkę stała z kierowcą pod zepsutym, pulsującym neonem. Po chwili dołączył pasażer. Stary znajomy. Jeden z jej stałych klientów. Wierzyła w ideały, jednak wygodniej było płacić rachunki i realizować artystyczne wizje za pieniądze otrzymane od mężczyzn, do których czuła obrzydzenie…

Xawier postanowił pójść do domu pieszo. Chciał przemyśleć kilka spraw. Wiedział, że i tak nie zaśnie. Był pewny, że zamykając oczy zobaczy niezmiennie – tę jedyną. Tę, którą pokochał wiele lat temu, jednak los nie pozwolił im urzeczywistnić wspólnego spełnienia. Kochał tak mocno, że bolał go każdy idealnie wyseparowany mięsień. Kochał po latach tak bardzo, że nie mógł nic więcej już poczuć do nikogo innego. Nienawidził świata za pozbawienie go szczęścia i bliskiej osoby, której pragnął niewyobrażalnie. Był gotowy zrobić wszystko, jednak od niego zależała tylko połowa. Nienawidził tak mocno, że nie był w stanie o tym nikomu powiedzieć…

Żadne z nich nie zasnęło. Każde jednak z osobna biło się z myślami o własnym życiu, o życiu przyjaciół i grze…

…której nikt nie potrafi przerwać…

LAS SAMOTNOŚCI

Wiele lat zastanawiałam się nad wyprawą do Lasu Samotności. Tysiące razy byłam już gotowa do znalezienia tej okrytej wieloma tajemniczymi opowieściami krainy, aby kolejny raz zrezygnować. Kilku moich przyjaciół było w tym odległym miejscu. Kilku – jak ja – nie potrafiło od dawna podjąć ostatecznej decyzji. Powody rozterek były różnorodne. Zależne od osobistych oczekiwań i wewnętrznych batalii, które trawiły nas nieustannie. Ci, którzy wrócili z Lasu Samotności, zostali bezpowrotnie odmienieni. Ci, którzy dopiero planowali do niego wejść, wiedzieli, z czym to będzie związane…

Pierwszy raz poważnie zaczęłam interesować się Lasem Samotności po tym, jak runął mój siedmioletni świat budowany z Olivierem. Niespodziewany tajfun zdmuchnął nasze królestwo. Dom, który okazał się nietrwały jak filmowa scenografia, będąca tylko chwilowym otoczeniem, stworzonym do nakręcenia kilkuminutowej sceny. Dla kinowego widza jest to rzeczywistość, w której toczy się życie głównych bohaterów. Dla aktorów to miejsce odgrywania scen – demontowane z chwilą okrzyku reżysera: „Koniec zdjęć! Mamy to!”. Mój świat został zdemontowany, kiedy byłam w środkowej scenie. Nagle otoczyła mnie nicość. Zniknęły znajome pokoje, budynki, ogródek i powiew znad pobliskiego jeziora…

Przytłoczona pustką zaczęłam szukać ludzi, którzy mogą mi opowiedzieć o Lesie Samotności. Dotarłam do nich bez problemu. Długo o nim rozmawialiśmy. Przestrzegali mnie, żebym porzuciła ten pomysł. Namawiali do zbudowania innego świata, gdyż za młoda jestem na wizytowanie miejsca, do którego nie dociera słońce. Przekonywali, że za wcześnie na rezygnację i wybór życia bez emocji, miłości, czy nadziei. Posłuchałam ich i nie żałuję, bo po jakimś czasie okazało się, że mieli rację. Przez kilka lat odbudowywałam świat, który systematycznie stawał się miejscem, które pokochałam i o które chciałam walczyć. Walczyłam. Nawet jeszcze kilka lat po tym jak usłyszałam, że trzeba poskładać rekwizyty, bo prozaiczne: „Nie kocham cię już. Nic nie mogę na to poradzić” – brzmiało jak: „Koniec zdjęć! Skręciliśmy całość!”. Akcja filmu skończyła się ponownie w miejscu, którego nie chciałam. Nie przewidziałam. Nie zaplanowałam. Nic nie mogłam na to poradzić, poza pogodzeniem się z faktem, iż nie mam wpływu na czyjeś uczucia. Mogę rozporządzać tylko i wyłącznie swoim sercem.

Postanowiłam odszukać mroczne knieje i na zawsze zmienić swoje życie. Od przyjaciela, który był tam w zeszłym roku dostałam rozrysowaną mapę. Przed pożegnaniem ostrzegł tylko, abym jeszcze raz dokładnie to przemyślała, bo do Lasu Samotności wchodzi się tylko raz. Tylko jeden raz można go zobaczyć i stąpać w nim po śliskim podłożu, miedzy wysokimi drzewami, na których wielu ludzi pozawieszało swoje emocje, aby już nigdy nie czuć zranienia i odrzucenia. Po wyjściu na polanę wraz z przekroczeniem granicy, jaką wyznacza ostatnia sucha gałąź, las staje się niewidoczny. Znika jak pozostawione w nim uczucia, które były przyczyną dotychczasowych upadków, porażek i łez.

Nie miałam żadnych wątpliwości. Byłam zdecydowana. Nie mogłam się już doczekać chwili, kiedy zobaczę Las Samotności, żeby pozbawić się tego, co ciążyło mi nie do zniesienia. Chciałam dotrzeć przed nocą, więc jeszcze przed wschodem słońca ruszyłam w podróż, o której rozmyślałam wiele lat.

Mapa była na tyle precyzyjna, że bez problemu znalazłam polanę, która graniczyła z lasem. Z lasem… Wyobrażałam sobie to miejsce. Każdy opowiadał o nim w inny sposób. Wędrowcy, którzy chcą go odwiedzić, widzą go oczami własnej duszy. Niektórzy opowiadali, że chodzili między szklanymi drzewami, które były niebezpiecznie ostre i kaleczyły przybyszów swoimi kolczastymi gałęziami. Inni mówili o metalowych roślinach, które swoją zimną i nienaturalną strukturą przerażały. Były też lustrzane lasy, które doprowadzały do obłędu odbiciami przeszłości widzianymi na wielkich pniach i miliardach liści. W żadnym jednak nie było zwierząt.

Mój las szumiał zielonymi koronami. Pachniał miękkim mchem, który rozpościerał się niczym utkany z najdelikatniejszych tkanin dywan. Zdjęłam buty, schowałam je do samochodu, który zaparkowałam na polanie. Boso, bez obaw weszłam do Lasu Samotności, który przypominał najpiękniejsze skupisko roślin, jakie sobie można wyobrazić. Piękne drzewa delikatnie się kołysały. Gałęzie huśtały soczyste liście płynnym miarowym rytmem. Oszołomiona przyglądałam się kolejnym i kolejnym fragmentom tego cudownego majestatu. Wszystko było jak w innych znanych mi lasach, do momentu, kiedy spostrzegłam w oddali drzewo, na którym zawieszona była jakaś srebrzysta materia. Podeszłam zaciekawiona bliżej. Na wysokiej gałęzi zaczepiona była półprzezroczysta powłoka utkana z malusieńkich kryształków i kropelek. Jej struktura była mi nieznana, a kształt zmieniał się nieustannie – raz przypominając skrzydła, raz będąc jakby dłonią, aby przemienić się w kolejną formę.

– Witaj, jestem nadzieją Colina. Zostawił mnie tu, kiedy się dowiedział, że jego żona jest w ciąży z jego najlepszym przyjacielem.

Zamarłam. Więc to tak wygląda. Zaniemówiłam. Nie mogłam zebrać myśli. Patrzyłam bez słowa, ruchu i pewnie oddechu w górę, gdzie materia była teraz okiem, patrzącym na mnie z zaciekawieniem.

– Przyjechałaś tu zostawić swoją nadzieję. Musisz tylko wybrać drzewo. Ono, jeśli będziesz zdecydowana, sięgnie gałęzią do twojego serca i wydobędzie z ciebie nadzieję, która zawiśnie jak ja na zawsze w Lesie Samotności. Musisz jednak wiedzieć, że wychodząc z kniei bez niej, już nigdy nie pokochasz. Nie będziesz czuć, płakać, ani cierpieć. Nie będziesz też w stanie z nikim żyć, bo wybierzesz otchłań samotności, w której się już dozgonnie zatopisz. Nie dasz się więcej zranić, nie pozwolisz nikomu się skrzywdzić, ale wszelkie uczucia wyższe, również będą dla ciebie niedostępne. Staniesz się nieczuła i zimna. Będziesz na zawsze obojętna. Jesteś na to gotowa?

– Myślę, że jestem. Nie chcę więcej czuć tego, co tak boleśnie mnie niszczy. Nie chcę już nikomu więcej zaufać i otworzyć swojej duszy, wystawiając ją na ryzyko zbrukania i upodlenia.

– Zanim wybierzesz drzewo i wyszeptasz pożegnanie z nadzieją, spędź tu trochę czasu i poznaj innych „domowników”. Rozejrzyj się, nie spiesz z decyzją, bo jest ona nieodwracalna. Może poznasz takie nadzieje, które wcale nie były stracone i nie powinny tu pozostać. Sama musisz zadecydować. No idź już!

Skinęłam tylko głowa i nadal oszołomiona poszłam dalej przed siebie.

Nadzieja Colina miała racje. Po kilku godzinach spacerowania między łopoczącymi na drzewach nadziejami, miałam mętlik w głowie. Chloe zostawiła swoją po niezdanych egzaminach do szkoły baletowej. Louve nie potrafiła poradzić sobie ze zdradami partnerów. Jim wybrał drzewo po tym, jak stracił rodzinę w wypadku samochodowym. Roxy po przegranym procesie z rodziną o spadek. Jony zdecydował się na ten krok, kiedy dowiedział się, że ma raka. Z jego nadzieją rozmawiałam najdłużej i ona dała mi wiele do myślenia. Jako nieliczna wydawała mi się na właściwym miejscu. Im więcej poznawałam historii, tym smutniejsza chodziłam po miękkim mchu.

Czy ja tak naprawdę nie chcę już czuć? Tak, wiem jak boli porażka i bezsilność, ale czy chcę być na wszystko obojętna? Czy moja nadzieja powinna tu zostać? Czy ktoś po rozmowie z nią przyzna mi rację? Nie jestem chora. Nie straciłam w wypadku dzieci. Nie dotknęła mnie tragedia, z której nie ma wyjścia. Pozwoliłam się zranić, bo zaufałam niewłaściwym osobom. Fakt. Mój powód, dla którego tu jestem, jest taki, że się boję. Nie chcę nikomu ufać, gdyż nawet czujna i ostrożna po jakimś czasie jestem beznadziejnie naiwna. Czy to jednak wystarczający powód na dozgonną samotność i brak emocji? Znowu się nad tym zastanawiam. Kolejny raz kręcę się w miejscu! Ile już lat się nad tym zastanawiam! Dość!

Rozejrzałam się i wybrałam drzewo. Rozłożyste, potężne, wysokie. Stanęłam przed nim i poprosiłam o zabranie nadziei. Drzewo szeptem spytało, czy jestem pewna. Potwierdziłam. Górna gałąź pochyliła się nade mną a jej czubek przeniknął przez ubranie i skórę, w głąb ciała. Unosząc się z powrotem w górę miała na swoim końcu srebrzystą materię, która bezradnie na mnie patrzyła. Nie byłam w stanie pojąć, dlaczego jest smutna i czego ode mnie chce. Spojrzałam obojętnie i szybko odeszłam. Zrobiło mi się zimno. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do samochodu i domu.

W drodze powrotnej zastanawiałam się, co mam ochotę zjeść, bo czułam straszliwy głód. I spokój. Czy czułam? Byłam spokojna, ale nie było we mnie uczuć, emocji, pragnień… Już nigdy więcej, poza podstawowymi potrzebami…

… nie czułam nic…