*
Zakapturzona postać rzuciła się na swoją ofiarę z biegu. Kompletnie zaskoczony mężczyzna runął razem z napastnikiem na ziemię. Leżąc na plecach dostrzegł, jak drobna dłoń z chwytakiem wspomnień, zbliża się do jego twarzy. W mgnieniu oka zrozumiał z kim ma do czynienia. To nie pościg za procesorem z danymi, a napaść łowcy pamięci, aby pozbawić go wspomnień. W ułamku sekundy sprawnym ruchem złapał intruza nad policzkiem. Zrobił to w ostatnim momencie, gdyż zwinne palce napastnika doskonale posługiwały się szpikulcem, który wbił się w policzek na kilka milimetrów. Ściskał dłoń z całej siły, aż usłyszał gruchotanie kości dłoni i metaliczny dzwięk uderzającego szpikulca o beton. Nowoczesny, ultralekki chwytak był wykonany ze stopu 4 metali. Miał długość 27 cm. Jego zadaniem, jak w lobotomii było dotarcie do nie czującego bólu mózgu. Wbicie szpikulca pod kością jarzmową pozwalało na bezpośrednie dotarcie do hipokampu. Zakończeniem chwytaka było mikroskopijne wiertło. Błyskawicznie docierało do sektora pamięci i paraliżowało go trucizną, wysysając błyskawicznie z hipokampu wszystkie wspomnienia.
Loyd złapał łowcę za szyję i po chwili siedział na nim dusząc wroga obiema rękami. Podczas szamotaniny z głowy napastnika zsunął się kaptur, odsłaniając kompletnie zaskoczonemu mężczyźnie kobiecą twarz.
– Dorsja???????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
– Dorsja to naprawdę ty????!!!!!!!!!!
*
-Pan Loyd??! To niemożliwe… ja… ja nie wiedziałam… nie miałam pojęcia – kobieta łapiąc oddech patrzyła przerażona w twarz człowieka, którego tropiła od wielu dni. Niespodziewanie w kilka sekund role się odwrócił, a jej życie było w rękach mężczyzny, który był celem.
– Dorsja! Dlaczego jesteś łowcą? Nic nie mówiłaś! Przecież zgłosiłaś się do programu! Miałaś nadzieję na zmiany. Na przyszłość! Co się stało???! – mężczyzna usiadł obok patrząc w oczy młodziutkiej dziewczyny, którą poznał jakiś czas temu przy okazji swojej misji.
– Panie Athurze, nie miałam wyjścia. Nie chciałam mówić o warunkowym zwolnieniu.
– Dorsja… ale ja chciałem ci pomóc… we wszystkim… szukałem cie…
– Wiem. Musiałam zakończyć pewne sprawy. Przysięgam jednak, że nie wiedziałam, że to ty jesteś celem. Niewiele nam mówią, na kogo przyjmują zlecenia. Wiedziałam jedynie, że jest bardzo drogie i istotne. Chciałam odzyskać wolność, a potem się do ciebie odezwać. Wybacz mi.
Kobieta kończąc to zdanie sięgnęła lewą ręką po metalowy szpikulec i błyskawicznie wbiła go sobie w serce. Mężczyzna natychmiast zareagował, Loyd mimo natychmiastowej reakcji zdążył jedynie złapać za dłoń i wyjąć z ciała zakrwawiony szpikulec. Było już jednak za późno. Wziął w ramiona nieruchoma postać. Nasunął na jej głowę ogromny kaptur i tracąc poczucie czasu przytulał do siebie nie mogąc zrozumieć co się przed chwilą stało.
*
Z odrętwienia wyrwał go dzwięk syreny patrolu bezpieczeństwa, zawieszonego metr nad ziemią. Dwóch mundurowych zaciekawiła obecność siedzących na środku ulicy osób. Był kwadrans przed 9. Czas zakazany do swobodnego poruszania się na zewnątrz.
– Tu patrol 8273. Proszę wstać i poddać się skanowaniu.
– Tak jest. Nazywam się Loyd. Ta kobieta nie żyje. To łowca, który mnie zaatakował. Proszę ją zabrać i bardzo szczegółowo podejść do wyjaśnienia tej sprawy. – mówiąc to mężczyzna ułożył delikatnie ciało na ziemi, a sam stanął wyprostowany naprzeciwko oznakowanej maszyny. Przednia szyba cicho się rozsunęła, a strażnik siedzący po lewej stronie pojazdu wymierzył w stronę podejrzanego świetlny skaner.
– W porządku Panie Loyd. Ma pan immunitet i pozwolenie na przebywanie na zewnątrz. Czy potrzebuje pan pomocy? Krwawi pan.
– Nie. Nic mi nie jest, to tylko zadrapanie i wiem co robić. Mam prośbę. Czy możecie podejść do sprawy tego łowcy priorytetowo? W odpowiednim czasie zapoznam się w wynikami waszego raportu, a teraz muszę wrócić do swoich obowiązków.
– Tak jest panie Loyd. Czy potrzebuje pan jeszcze czegoś?
Nie. Dziękuję. Proszę zająć się tym ciałem zgodnie z moją prośbą. Niestety spieszę się więc żegnam.
Mężczyzna w kombinezonie szybkim krokiem ruszył w kierunku wschodzącego słońca. Kiedy się za moment odwrócił, zobaczył, że patrol z kobietą na pokładzie unosi się powoli do góry.
 
*
Francuski, mosiężny zegar z dużym wahadłem wiszący na ścianie przy wejściu wybijał godzinę 10.
W przestronnym gabinecie, stylizowanym na antyczne wnętrze, przy drewnianym biurku siedział starszy mężczyzna. Wpatrywał się w panoramę widoczną za oknem. Na zewnątrz kilka patroli bezpieczeństwa przelatywało między wieżowcami. Słoneczne promienie rozświetlały dachu budynków, ślizgając się po szklanych powierzchniach. Niewielu przechodniów szybkim krokiem zmierzało w sobie tylko znanym kierunku. Obok jednostki systemowej wyświetlającej na holograficznym monitorze informacje dnia stała przezroczysta plakietka z wygrawerowanym napisem – ,,Prezydent Prezydentów Sergei Witkowski’’.
Nagle na ekranie pojawił się czerwony mrugający alert, który natychmiast zwrócił uwagę mężczyzny. Zmęczonymi oczami czytał nadchodzące informacje. Wiadomość jednak była krótka i pochodziła z tajnego źródła. Musiała dotyczyć zaufanej osoby i bardzo ważnej sprawy, gdyż nieliczni mieli dostęp do komputera Prezydenta. „Proszę o zgodę na wejście do budynku i wyznaczenie pilnego spotkania’’. Ani słowa więcej. Bez podpisu, Bez podania powodu tego nagłego alarmu. Mężczyzna prawym kciukiem na wewnętrznej stronie lewej dłoni potwierdził akceptację prośby zezwalając na gościa w rządowej twierdzy i spotkanie. Na membranowej klawiaturze, która pojawił się przed nim wpisał 10.45. P 5428 enter. Informacja musiała dotrzeć do nadawcy, gdyż po kilku sekundach pulsująca wiadomość zniknęła. Mężczyzna wstał, podszedł do barku, nalał sobie płyn z karafki do kryształowej szklanki stojącej na tacy obok i szybko opróżnił jej zawartość. Zanim opuścił gabinet przygładził dłonią siwe włosy na przydługiej brodzie.
*
Loyd szedł szybkim krokiem do budynku Największej ze Światowych Partii. Jeszcze kilka przecznic dzieliło go od celu. Odgarniając włosy z policzka przypadkowo dotknął zastygłej na nim krwi po ukłuciu chwytakiem. Doskonale pamiętał kiedy pierwszy raz zobaczył Dorsje. Zgłosiła się do programu jako jedna z pierwszych rejestrowanych przypadków. Kilka razy przed spotkaniem upewniała się, czy zostanie anonimowa. Dał jej słowo życia , o które prosiła, co chyba ją uspokoiło, bo już nigdy więcej nie wróciła do tematu. Umówili się w nocy w jednym z hoteli przeznaczonym na spotkania biznesowe. On miał przepustkę bez ograniczeń na poruszanie się po mieście, jednak dziewczyna mogła wychodzić o wyznaczonych porach. Wynajął apartament o północy, mimo, że byli umówieni o pierwszej nad ranem. Sam nie wiedział dlaczego chciał stracić godzinę na czekanie. Przyjechała spóźniona kilka minut tłumacząc to problemem ze znalezieniem miejsca. Była drobniutką szatynką o mieszanym pochodzeniu. Duże, czarne oczy i pełne usta sprawiały, że nie mógł oderwać wzroku od jej twarzy. Włosy upięła w niedbały kok, który ominął niesforne kosmyki rozrzucone wkoło policzków. Pomimo, że nigdy nie miał problemów z koncentracją, tym razem było mu trudno zebrać sensownie myśli. Nie zdarzyło mu się, aby w pracy zwracał uwagę na wygląd, czy płeć spotykanych osób. Cechował go profesjonalizm, spokój i powściągliwość emocji. Nie tym razem. Jej delikatna i niewinna uroda powodowała nieznaną ekscytację. Spojrzał na jej dłonie. Długie, szczupłe palce nerwowo skubały przydługą szarą bluzę, okrywającą malutkie piersi bez bielizny. Wytarte jasne levisy i białe tenisówki. Wyglądała jak nastolatka, jednak z danych wiedział, że ma 28 lat, w co trudno mu było uwierzyć.
Po przywitaniu zezwoliła mu na zeskanowanie danych z czytnika osobowego, który od kilku lat posiadali wszyscy mieszkańcy metropolii i przystąpili do pracy.
– Gdzie ci będzie najwygodniej opowiadać?
Dziewczyna rozejrzała się po pomieszczeniu. Chwilę rozważała miejsce na sofie, ale ostatecznie wybrała aksamitny fotel przy stoliku. Zdjęła tenisówki, a bose stopy skrzyżowała na siedzisku i oparła wygodnie plecy o miękki materiał.
-Jestem gotowa. Loyd ustawił przed nią nośnik rejestrujący nagranie, a sam usiadł na krześle obok wejścia.
– Dobrze, w takim razie możemy zaczynać. Za 10 sekund uruchomi się zapis. Nie spiesz się z tym co chcesz opowiedzieć. Masz tyle czasu ile zachcesz.
– Nazywam się Dorsja. Mam 28 lat. Wychowałam się w schronisku dla dzieci. Zostałam tam umieszczona zaraz po urodzeniu, gdyż moi rodzice byli skazańcami i zostali automatycznie pozbawieni praw. Wiem tylko tyle, że kiedy mama była w ciąży, zostali oskarżeni o spisek przeciwko ówczesnemu rządowi. Pierwszych lat właściwie nie pamiętam. Moje życie ograniczone było do 5 metrowego boksu, który był moim domem. Roboty uczyły mnie chodzić, przebierały, myły. Kiedy byłam już samodzielna kontakt z nimi ograniczony był do dostarczania jedzenia. Do łaźni, czy toalety wychodziłam kiedy była wolna o czym informowały czujniki. Na wspólnym korytarzu było 12 identycznych metalowych drzwi bez klamek, które rozsuwały się i zasuwały po uprzednim uzgodnieniu z przełożonymi. Z innymi dziećmi widywałam się bardzo rzadko, kiedy Opiekunowie pozwalali wspólnie się pobawić w sali spotkań. Widziałam ich kilka razy. Przeważnie przy okazji konfrontacji z rodzicami zainteresowanymi adopcją. Edukacja była przeprowadzana zdalnie. Na zewnątrz wychodziliśmy raz w tygodniu, mając specjalną dzienną przepustkę. Pierwszy raz zostałam wybrana do bycia dzieckiem jak miałam 5 lat. Wcześniej byłam ponoć za brzydka i za chuda. Posiadanie rodziców i domu nie trwało długo. Oddali mnie po miesiącu wpisując w akta, ze nie spełniam ich oczekiwań. Niestety nie wiem jakich. Potem jeszcze kilka razy wracałam na ,,swoje miejsce’’ z różnych powodów. Za cicha, nie potrafiąca się dopasować, za inna, za… Marzyłam o normalnym domu. Mamie, tacie, jak wszystkie dzieci w schronisku. Sama głaskałam się po głowie, wyobrażając sobie, że robi to ktoś kto mnie kocha. Uczyłam się dziecięcych dialogów z filmów i odgrywałam te role jakbym była jednym z mieszkańców filmowego świata. Uczyłam się bardzo dobrze. Za nadprogramowe zadania dostawałam akcje, którymi mogłam zarządzać po osiągnięciu pełnoletniości. Ponieważ nikt mnie nie chciał, a ja lubiłam się uczyć, po wyjściu z ośrodka miałam doktorat z fizyki i mogłam sobie pozwolić na wynajęcie dość wygodnego mieszkania w centrum. Mogłam też wreszcie móc decydować o sobie. Zaraz po wyjściu jedna z uczelni zaproponowała mi bardzo korzystne warunki pracy i samodzielne prowadzenie badań z dziedziny kosmologii. Marzenia o rodzicach umarły we mnie wiele lat wcześniej, ale pragnęłam kontaktu z ludzmi, których tak bardzo brakowało mi całe życie. Zaczęłam szukać kogoś kto chciałby mnie poznać, ale to, że pochodziłam ze schroniska stawiało mnie w klasie drugiej kategorii i za każdym razem przed spotkaniem dochodziło do zerwania kontaktu i rezygnacji. Nie miałam komu opowiedzieć o swoich planach, marzeniach, pragnieniach.
*