Moja koreańska miłość, napierdala właśnie na fortepianie, solo z obrazków Mussorgskiego. Jakoś to przetrwam. Nie, że nie lubię jak gra, chociaż wole ssać i szczypać jej małe piersi, czy pakować kutasa w jej jędrny egzotyczny tyłek, ale Muss kojarzy mi się z Benny Hillem, nie wiem dlaczego. Nie pasuje do naszej relacji. Prędzej Penderecki,czy Mozart …Tren dla ofiar Hiroszimy… o to to, pasuje jak ulał.  Kocham jej niesamowitą zdolność w oddawaniu uczuć i komentowaniu świata za pomocą muzyki. Trochę mnie przytłacza, że jej światowa kariera ostatnimi czasy przyśpieszyła. Moim jedynym talentem, jest doprowadzanie jej cipki do wytrysku .. pobijamy rekordy.

Oczywiście, że to mierzę. Mam miarkę krawiecką. Obwód bicepsa i odległość, na jaką wytrysnęły jej soki, to właściwie jedyne co mierzę. Nieee… Jeszcze debet na koncie.. ale  on mierzy się kurwa sam. Staram się nie liczyć straconego czasu, dajmy, na to popierdolone pisanie.

Co jeszcze? Mierzę odległość, która mnie dzieli od innych. Ta w kilometrach jest nieznośna, ale tymczasowa. Natomiast ta w różnicy postrzegania wszystkiego co nas otacza – jest niestety w większości, nie do przebycia. Ona to rozumie.

Nie chce innej Onej… chociaż Chinka i numery na balkonie, to niezła jazda. Przyjechała wczoraj. Noc spędziliśmy na wciąganiu koki, dyskusjach o nieistotności istnienia, równoległych światach, do których pragniemy zdobyć wizę  i pobijaniu rekordów. Muszę kupić ceratę na łóżko.

Pei jest dojrzałą kobietą, pewną siebie i swojego magnetyzmu. Mała pieprzona Bogini z innego świata. Faceci są na jej skinienie, ślinią się i pewnie w domu masturbują, wyobrażając sobie jej idealne ciało – bo w sypialni stara, przejedzona żona.

Czemu mnie wybrała? Dlaczego akurat mnie? Nie powinienem nawet patrzeć w jej stronę. Powinna być nieosiągalna, nie do zdobycia dla takiego debila. Jednak wybrała mnie i każdy dzień jaki mi daje, zmienia moje życie w coś istotnego.

Nie no, kurwa się zromantyzowałem…