Szłam nieoświetlonym chodnikiem, zasłaniając twarz filcowym kapeluszem, od mroźnego płaczu, listopadowego nieba. Dochodziła druga w nocy. W sobotni wieczór chciałam się zabawić w centrum. Odreagować między ludźmi po porażce związku bez przyszłości z młodszym o kilka lat Danielem. Boże jakie banalne. A niby jakie mają przyszłość?? Te z dziećmi, kupionymi cyckami, czy wspólnym kredytem? Jak dotychczas nie znam odpowiedzi. Mój też nie miał. Plan na wyjście miałam prosty. Zapomnieć. Zresetować zmęczenie. Odpocząć od siebie. Posłuchać innych

Sześć drinków rozcieńczonego JD – jak to w zwyczaju najmodniejszego klubu we Wrocławia i kilku frajerów przy barze, utwierdziło mnie o smutnych realiach starości, desperacko odpychanej od lat. Niestety, stawała się coraz silniejsza. Uparta zdzira! Wwiercała się w moje ciało, drążąc kanaliki bezsilności. Zapętlała na mojej twarzy pajęczyny czasu. Stała za mną przy lustrze i obnażała coraz boleśniejsze skazy mojego ciała. Nawet Nobel z fizyki nie wyrwałby mnie  z szeregu starych frustratek w okresie menopauzy, którym biologia odebrała wszystkie możliwości w połowie istnienia. Co innego zaoferowała mężczyznom. Moi równolatkowie niesieni na skrzydłach wiagry i upajani sokami 20 letnich kochanek, płodzili kolejne dzieci w nowych rodzinach. W okolicach północy, większość z nich zakończyła łowy w klubie z ciałami młodszymi od własnych córek, z czego zadowolone były obie strony. Każdy wiedział jaką rolę trzeba odegrać i wszystkim to pasowało. Na mnie zwróciła uwagę jedynie młoda lesba szukająca nowych wrażeń. Na aż tak nowe jeszcze nie byłam gotowa, ale to może być ostatnia z opcji, jaką będę musiała rozważyć, zdychając w samotności i marząc o pieszczotach, jakimi nikt mnie już nie planuje zaskoczyć.

Taksówkarz na postoju zamrugał światłami.
– Mała, szukasz podwózki? – Wąsaty dryblas z wygoloną czaszką, przez opuszczona szybę zdezelowanego opla, wpatrywał się w moje szczupłe ciało, które podkreślała dopasowana, wełniana tunika. Tyle co mi pozostało z dawnej mnie. Wieczne 51 kg. Jedyne, co miałam w życiu niezmiennego. Reszta, to były lata, śmierdzących kłamstwami deklaracji, nieplanowanych zwrotów akcji i zmian decyzji. Też tych niezmiennych. Stosy frazesów, które nie mogły być prawdziwe.

– Pierdol się! – Wysyczałam przez zaciśnięte wargi. Nasunęłam kapelusz na brwi, żeby jeszcze mocniej zakryć twarz i uniknąć kropli rozmazujących tani tusz.

Skręciłam w bardziej oświetloną ulicę, kierując się w stronę Dworca Głównego. Tam, miałam nadzieję na samodzielny wybór taksówki i szybki powrót do domu, bo deszcz kompletnie mnie zaskoczył.

 

– Vivi! Vivi to ty? – nagle ktoś krzyknął biegnąc za mną. Odruchowo stanęłam i odwróciłam się  w stronę głosu, jednak kompletnie nie kojarzyłam mężczyzny, który za kilka sekund stanął bardzo blisko mnie. Miał najwyżej 27- 30 lat. Wysoki, szczupły, w przemoczonej koszulce – wyglądał jak jeden z 300. Młody dzieciak z ładną buzią. Może słyszał jak w klubie przedstawiłam się niedoszłej kochance.

– Vivi to ty, nie mylę się prawda? – powtórzył.

– Ja, ale nie sądzę, abyśmy się znali. Wybacz. Spieszę sie do taksówki. Dobranoc. – Odwróciłam się wkurzona na głupią zaczepkę. Chciałam szybko odejść, jednak mężczyzna przytrzymał mnie za rękę.

– Zaczekaj! Przecież wiem, że nigdzie się nie spieszysz. Dam ci swoją młodość! Dam ci to czego tak bardzo pragniesz!

– Co kurwa??! Zwariowałeś do reszty?? Naćpałeś się czy co?! Człowieku! ogarnij się i to migiem! Odczep się i radzę przystopuj z zabawą!

– Vivi…. dam ci młodość. Nie żartuję. Mogę to zrobić! Wiem o tobie wszystko. Spytaj o co zechcesz! O co tylko zechcesz…

Uśmiechnęłam się do kilku wspomnień, które przywołała przeszłość.

– Niezły wariat z ciebie. Dobra świrze. Z kim robiłam pierwsze widoczki z butelek na podwórku i z czego?

– Ze znalezionych skrzydeł pazia królowej, które zawsze cię fascynowały. Ukrywałyście je w zakamarkach podwórka z Dorotą. Poznałyście się w klasie sportowej. Popełniła samobójstwo, dzień przed chrztem twojej młodszej siostry. – powiedział to bez zastanowienia, jakby razem z nami zakopywał szkiełka.

Zamarłam. Tego przecież nikt nie mógł pamiętać… Nikt, po tylu latach nie mógł wiedzieć…

– Czemu nie żyje Marta? – Zadałam to pytanie marząc o tym, żeby się obudzić.

– Zawsze chciała umrzeć. Byłyście tylko we trzy. Nigdy już nie miałaś po ich śmierci prawdziwych przyjaciółek. Długo zwlekała ze względu na waszą przyjaźń. Setki listów. Milion marzeń. Znałyście się od przedszkola.
Wjechała rowerem pod ciężarówkę mając w plecaku ostatni list od ciebie włożony w książkę, którą jej wysłałaś. To była Gra Endera. Zrobiła na tobie ogromne wrażenie, chciałaś, podzielić się z nią nowymi doświadczeniami. Odkrywałaś świat sztuki, sportu, seksu…. Ale tego ostatniego nie uniosła…

– Przestań! Kurwa przestań!!!!!!!!!! Kim jesteś! – Krzyczałam jakby ktoś oblewał mnie lawą grzechów. – Kim jesteś!!

Rozejrzałam sie w koło, ale nikogo oprócz nas nie było. Parszywa pogoda, wcisnęła wszystkich w ich obrzydliwe norki pozorów.

– Kim jesteś?…- powtórzyłam już nieco spokojniej i ciszej.

– Młodością, której pragniesz…

Spojrzał na mnie w taki sposób, że na moment mu uwierzyłam.

 

– Vivi. Nie stójmy tu. Przestało padać. Siądziemy na tej ławce przy parku? Wiem o tobie wszystko, wiec już chyba nie ma rzeczy, której mogłabyś się obawiać? Prawda? Wyjaśnię ci co masz zrobić i jutro obudzisz się inna. To proste. Czy to nie jedyna rzecz jakiej ci brakuje? Nie tego pragniesz od lat? Od jutra wszystko się zmieni. Znów będziesz najpiękniejszym motylem…

*

 

Nie wiem jak wróciłam do domu. Musiałam spać bardzo długo, bo obudziło mnie słońce, które pojawia się w sypialni, kiedy przychodzi czas jego zachodu. Stare dzieje kosmicznych uniesień. Spojrzałam na telefon. Dochodziła 16.

Faktycznie trochę pospałam. Spodziewałam się bólu głowy po wczorajszych drinkach, ale czułam się wyjątkowo dobrze. Starałam się przypomnieć jak zakończyłam wieczór. Dziwny nieznajomy, z którym siedzieliśmy na ławce… nawet się nie przedstawił. Rozmawialiśmy. Hmmm… I tyle. Ot, nic nie znaczące spotkanie bez większego sensu. Sięgnęłam po szlafrok przewieszony przez oparcie łóżka i poszłam do kuchni. Wycisnęłam do szklanki sok z całej cytryny, dolałam wody i włączyłam wiadomości.

Na ekranie telewizora, redaktorka wiadomości, stała w parku przy ławce, na której siedziałam wczoraj z przypadkowym nieznajomym.

,,Policja szuka sprawcy brutalnej zbrodni. Ciało mężczyzny odnalazła bezdomna kobieta o 5 nad ranem. Około 30 letni denat miał poderżnięte gardło. Ofierze zostało wyrwane serce z roztrzaskanej tępym narzędziem klatki piersiowej. Resztki narządu, funkcjonariusze znaleźli w pobliskich krzakach. Policja apeluje, aby osoby mogące udzielić jakichkolwiek informacji na ten temat, zgłosiły sie na najbliższy posterunek, bądź przekazały pomocne informacje, pod numerem telefonu: 300.765.897.

 

Stałam przed monitorem telewizora jak zahipnotyzowana. Nagle, wspomnienia zaczęły układać się w obrazy, jakby ktoś uruchomił projektor, pełny zapomnianych, starych klatek. Ostawiłam szklankę i pobiegłam do łazienki.

W lustrze stałam dawna ja. Ogromne niebieskie oczy, otaczała gładka skóra. Pełne usta, mimo zdziwienia, były mięsiste i wydatne.

Wróciłam po telefon do sypialni. Weszłam w opcje kalendarza. 22 listopad 2019. Niedziela. To się zgadza. Sięgnęłam po dokumenty w poszukiwaniu daty urodzenia. I one i pesel nie posiadały znienawidzonego 1975, a w jego miejscu widniało 1995. Na dywanie leżała zakrwawiona tunika i poplamiony czerwienią kapelusz.

 

*