Wiele lat zastanawiałam się nad wyprawą do Lasu Samotności. Setki razy, kiedy byłam gotowa do znalezienia tej okrytej wieloma tajemniczymi opowieściami krainy… rezygnowałam. Kilku moich przyjaciół było w tym odległym miejscu. Kilku, jak ja, nie potrafiło podjąć ostatecznej decyzji. Powody rozterek były różnorodne. Ci, którzy wrócili z lasu samotności, zostali bezpowrotnie odmienieni. Ci, którzy dopiero planowali do niego wejść, znali konsekwencje wyprawy.

 

Pierwszy raz poważnie zaczęłam się interesować lasem samotności, po tym jak runął mój sześcioletni związek budowany z Olivierem. Niespodziewany tajfun zdmuchnął w moment kilka lat życia, które okazały się jedynie czasową scenografią. Były jak teatralna scena, stworzona do odegrania kilku aktów. Mój świat został zdemontowany, kiedy byłam w środkowej części przedstawienia. Nagle otoczyła mnie nicość. Zniknęły znajome pokoje, ogródek i powiew znad pobliskiego jeziora.

 

Przytłoczona pustką, zaczęłam szukać ludzi, którzy mogą mi opowiedzieć o Lesie Samotności. Dotarłam do nich bez problemu. Dużo o tym rozmawialiśmy. Przestrzegali mnie, abym porzuciła ten pomysł. Namawiali do zbudowania nowego świata. Przekonywali, że za wcześnie na rezygnację i wybór życia bez emocji, miłości i nadziei. Posłuchałam ich kilka razy i po jakimś czasie okazało się, że mieli rację. Przez kilka lat tworzyłam dom, który dawał mi coraz więcej szczęścia. Starałam się i walczyłam. Nawet jeszcze po tym jak usłyszałam, że trzeba poskładać rekwizyty, bo prozaiczne „nie kocham cię już’’ – nie mogło do mnie dotrzeć. W końcu serce przebiły słowa ,,to nie twoja wina – odchodzę do kogoś innego’’ i spektakl został przerwany w miejscu, którego nie przewidziałam. Nic nie mogłam na to poradzić…

 

Postanowiłam odszukać mroczną krainę i na zawsze zmienić swoje życie. Od przyjaciela, który był tam w zeszłym roku dostałam rozrysowaną mapę dojazdu. Przed pożegnaniem poprosił tylko, abym jeszcze raz dokładnie to przemyślała, bo do Lasu Samotności wchodzi się tylko raz. Tylko jeden raz można go zobaczyć i chodzić w nim miedzy wysokimi drzewami, na których wiszą pozostawione ludzkie dusze. Wychodząc, wraz z przekroczeniem granicy jaką wyznacza ostatnia magiczna gałązka – las staje się niewidoczny. Znika, jak pozostawione w nim uczucia, które były przyczyną dotychczasowych upadków, porażek i łez.

 

*

 

Nie miałam żadnych wątpliwości. Byłam zdecydowana. Nie mogłam się już doczekać chwili, kiedy zobaczę Las Samotności i pozbawię bolesnego ciężaru. Wyruszyłam następnego dnia.

Mapa była na tyle precyzyjna, że bez problemu znalazłam polanę, która graniczyła z lasem. Z lasem… Hmmmm. Nie raz wyobrażałam sobie to miejsce. Słyszałam, że każdy widział go w inny sposób. Niektórzy opowiadali, że chodzili miedzy szklanymi drzewami, które były niebezpiecznie piękne, jednak raniły przybyszów kolczastymi gałęziami. Inni mówili o metalowych roślinach, które przerażały zimną i nieznaną  strukturą. Byli też widzący lustrzane drzewa, które doprowadzały do obłędu odbiciami przeszłości, widzianymi na wszystkich pniach i miliardach liści. W żadnym jednak nie było zwierząt.

 

Mój las szumiał zielonymi koronami. Pachniał świeżym mchem, który rozpościerał się niczym utkany z najdelikatniejszych tkanin dywan. Zdjęłam buty, schowałam je do torby i boso, bez obaw weszłam do Lasu Samotności.  Piękne drzewa delikatnie się kołysały. Gałęzie huśtały soczyste liście płynnym, miarowym rytmem. Oszołomiona przyglądałam się kolejnym i kolejnym fragmentom tego cudownego majestatu. Wszystko było jak w znanych mi dotąd lasach, do momentu, kiedy spostrzegłam w oddali drzewo, na którym zawieszona była srebrzysta materia. Podeszłam zaciekawiona bliżej. Na wysokiej gałęzi zaczepiona była półprzezroczysta powłoka. Jakby utkana niewidoczną nicią z malusieńkimi kryształkami. Jej struktura była mi nieznana, a kształt zmieniał się nieustannie. Raz przypominając skrzydła, innym razem twarz, aby przemienić się w kolejną formę.

 

– Witaj, jestem nadzieją Colina. Zostawił mnie tu jak się dowiedział, że żona jest w ciąży z jego najlepszym przyjacielem.

 

Zamarłam. Więc to tak wygląda. Próbowałam zebrać myśli. Patrzyłam bez słowa w górę, gdzie materia była teraz okiem, lustrującym mnie z zaciekawieniem.

 

– Przyjechałaś tu, aby zostawić swoją nadzieję. Musisz tylko wybrać drzewo. Jeśli będziesz zdecydowana, samo sięgnie gałęzią do twojego serca i wydobędzie z ciebie nadzieję, która na zawsze zawiśnie w tym lesie. Musisz jednak wiedzieć, że wychodząc z kniei bez niej, już nigdy nie pokochasz. Nie będziesz czuć, płakać, ani cierpieć. Nie dasz się więcej zranić. Nie pozwolisz nikomu się skrzywdzić. Staniesz się nieczuła i zimna. Będziesz na wszystko obojętna. Jesteś na to gotowa?

 

– Tak, jestem. Nie chcę więcej czuć tego, co tak boleśnie mnie rani. Nie mam siły przechodzić kolejny raz przez piekło rozczarowania i samotności.

 

– Zanim wybierzesz drzewo i pożegnasz się z nadzieją, spędź tu trochę czasu i poznaj innych ,,domowników’’. Rozejrzyj się, pospaceruj, porozmyślaj. Nie spiesz z decyzją. Pamiętaj, że  jest ona nieodwracalna. Może poznasz takie nadzieje, które wcale nie były stracone i nie powinny tu pozostać. Sama musisz zadecydować. No idź już!

 

Skinęłam tylko głowa i zamyślona poszłam dalej przed siebie.

Nadzieja Colina miała racje. Po kilku godzinach spacerowania między łopoczącymi na drzewach nadziejami, miałam mętlik w głowie. Chloe zostawiła swoją – po niezdanych egzaminach do szkoły baletowej. Vivi nie potrafiła poradzić sobie ze zdradami partnerów. Jim, wybrał drzewo po tym, jak stracił rodzinę w wypadku samochodowym. Roxana, po przegranym procesie z rodziną o spadek. Jony zdecydował się na ten krok, kiedy dowiedział się, że ma raka i czeka go powolna śmierć w straszliwych męczarniach. Z jego nadzieją rozmawiałam najdłużej i ona dała mi wiele do myślenia. Jako nieliczna wydawała mi się na właściwym miejscu. Im więcej poznawałam historii, tym smutniejsza chodziłam po miękkim mchu.

 

Czy ja tak naprawdę nie chcę już czuć? Tak, wiem jak boli porażka i bezsilność, ale czy chcę być na wszystko obojętna? Czy moja nadzieja powinna tu zostać? Nie jestem chora. Nie straciłam w wypadku dzieci. Nie dotknęła mnie tragedia, z której nie ma wyjścia. Pozwoliłam się zranić, bo zaufałam niewłaściwym osobom. Czy to jednak wystarczający powód na dozgonny  brak emocji? Znowu się nad tym zastanawiam. Kolejny raz kręcę się w miejscu! Znów się nad tym zastanawiam! Nie! Tak dłużej nie mogę! Dość!

 

Rozejrzałam się i wybrałam drzewo. Rozłożyste, potężne, wysokie. Stanęłam przed nim i w myślach poprosiłam o zabranie nadziei. Drzewo szeptem spytało, czy jestem pewna. Potwierdziłam. Jedna z gałęzi pochyliła się nade mną, a jej czubek przeniknął przez ubranie i skórę w głąb ciała. Unosząc się z powrotem w górę miała na swoim końcu migocącą materię, która smutnie na mnie patrzyła ogromnymi oczami. Nie byłam w stanie pojąć dlaczego jest smutna i czego ode mnie chce. Spojrzałam obojętnie i szybko odeszłam. Zrobiło mi się zimno. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do auta i  wrócić do domu.

W drodze powrotnej zastanawiałam się, co mam ochotę zjeść, bo czułam straszliwy głód. I spokój. Czy czułam? Byłam spokojna, ale nie czułam już nic…

Już nic więcej poza podstawowymi potrzebami…

 

… w końcu nie czułam nic…