W skalistej jaskini, trzech mężczyzn patrzyło niecierpliwie na niewielki kawałek mięsa skwierczący nad ogniem. Nie jedli od dwóch dni. To czym mieli się teraz nasycić, było jedynie zdechłym z wycieńczenia gryzoniem, którego znaleźli na gnijących mokradłach.

– Umrzemy z głodu, jeśli jeszcze przez kilka dni nie uda nam się nic zjeść.

Skrzekliwy, cichy głos przerwał panującą ciszę.

– Racja Geli. Z trudnością się poruszam. Nie mam siły wyczołgać się z kryjówki, a co dopiero godzinami tropić jakieś marne truchło.

Mężczyzna pochylił się nad ogniskiem poprawić kij z podpieczonym zakończeniem. Miał na sobie brudne łachmany, wiszące na wychudzonym ciele. Jego twarz pokrywały wrzody i łuski, gdzieniegdzie poorane brunatnymi pęknięciami. W miejscu lewego oka miał zabliźniony oczodół. Wąskie usta osłaniały zniszczone i połamane zęby.

– Ita, jak się czujesz? Co z nogą?

– Prawie jej nie czuję. Właściwie nie tylko noga mi gnije. Ropiejące rany od dawna nie chcą się goić. Mam nadzieję, że eliksir pomoże. Nie chcę jednak być dla was ciężarem. Geli, sam ledwo chodzisz. Mamy miesiąc, żeby dotrzeć po nowe wieści i pomoc do sekretnego bunkra. Jesteśmy jeszcze daleko… nie wiem czy dam radę…

– Dasz. Nie myśl o tym. Zaraz odpoczniesz.

Trzeci z obecnych siedział na czatach u wejścia do kryjówki. Na zewnątrz co jakiś czas odległe rozbłyski rozjaśniały nocne ciemności.

– Mor. Chodź do nas. Nic ciekawego nie wypatrzysz. Zjedzmy. Niewiele tego, ale zawsze. Musimy nabrać sił przed jutrzejszą drogą.

Po chwili trzej mężczyźni podzielili sprawiedliwie pozostałość po zwierzaku i skuleni przy dogasającym ogniu zasnęli.

*

 

Świat od niepamiętnych czasów tonął w mroku. Ludzkość uległa pysze, egoizmowi i chciwości. Wodzowie narodów, w walce o panowanie, przekroczyli ustalone granice. To uruchomiło domino destrukcji, zniszczenia i zła.  W błyskawicznym tempie większość zginęła. W konsekwencji stosowania broni chemicznej ludzkie ciała zostały zdeformowane i okaleczane. Skażenie wnikało w wyniszczone członki, pokrywając jego fragmenty twardą skorupą i łuskami. Większość konała w bolesnym cierpieniu.

Mieszkańcy ziemi od dawna pozbawieni byli słońca, które nie było w stanie przedostać się przez warstwy toksycznych odpadów. Ostatni żyjący ludzie, większość czasu spędzali uwięzieni w zimnych i ciemnych jaskiniach. Coraz więcej czasu tracili na zdobycie podłego pożywienia, aby za wszelką cenę przetrwać. Po dziesiątkach lat walk, wykorzystano wszystkie zapasy broni. Zniszczono cywilizację, z której tak dumni byli przodkowie. Z setek narodowości, z licznych armii i ugrupowań, pozostały jedynie dwie konsekwentnie walczące społeczności. Żadna z nich nie chciała się poddać i być zależną od drugiej.

Nienawiść stała się podstawową cechą dwunogich kulejących karłów. Apokalipsa trwała tak długo, że mało kto pamiętał powody i cel sporu. Żyjący straceńcy, nie wiedzieli nawet kto im przewodzi. Nie mieli dostępu do dwóch ostatnich Władców, żarliwie ukrywanych i chronionych. Zgładzenie któregokolwiek z nich, wiązało się z przejęciem przez zwycięzcę ostatecznego panowania, na pozostałościach świata. Było to jednak miejsce, o którym w innych wymiarach mówiono, że jest przeklęte.

 

*

 

Obudziły ich głośne eksplozje, potrząsające ścianami jaskini.  Z nieba spadały rozżarzone meteoryty. Dwaj mężczyźni przyglądali się temu bez większego zainteresowania. Trzeci leżał bez ruchu.

– Ita! Zobacz! Znów to samo. Będziemy musieli poczekać, aż przestaną spadać ogniste kamienie. Oby nie długo! Czas nagli! Ita! Słyszysz mnie?

Postać ani drgnęła. Geli mimo poprzykurczanych po zimnej nocy rąk i nóg, doczołgał się do towarzysza. Potrząsnął kilka razy bezładnym mężczyzną. Po chwili odwrócił ciało, aby zobaczyć jego twarz.

– Mor! On nie żyje! Jest całkiem lodowaty. Chyba czuł wczoraj swój koniec. Może to i lepiej, bo  teraz już nie musimy podejmować żadnej decyzji.

– Nie wiem. Wszystko zależy od tego ile czasu będziemy musieli spędzić w jaskini. Spadające meteoryty są ogromne. Musiało nastąpić w galaktyce zderzenie czegoś wielkiego. Wychodzenie na zewnątrz jest głupotą. Ten ognisty grad z pewnością nas zabije. Jedyne co mnie dziwi, to te niesamowite rozbłyski. Dawno nie widziałem tak jasnego nieba.

– Masz racje. Od lat nie docierało do ziemi żadne światło. Gdyby nie nasza parszywa sytuacja, uznałbym to za dobry znak.

Minęło kilka godzin. Mężczyźni większość czasu patrzyli na walkę, jaką toczyła z sobą natura. Dalszy marsz nadal był niemożliwy. Picie wody przez cały dzień, która spływała po ścianach jaskini, doprowadziło ich do wymiotów.

– Mor! Nie mamy wyjścia. Ty to zrobisz, czy ja? Skulona sylwetka nie mogła opanować nieprzyjemnych odruchów.

– Nie dam rady. Mam go poćwiartować? Przecież on bardziej śmierdzi niż ten zdechły gryzoń z mokradeł. Gnije od tygodni. Co chcesz z nim zrobić?!

– Upiec i zjeść to, co się będzie do tego nadawało. Inaczej nie dotrwamy do jutra. Nie wiem czy mam siłę nawet na to, by go rozebrać, ale we dwóch może sobie poradzimy. On i tak już nie żyje. Możemy zdechnąć tu wszyscy, albo postarać się przetrwać. Pomożesz mi? – kolejne torsje wstrząsnęły ciałem odbierając mu głos.

Niebo co jakiś czas rozświetlał spadający fragment kosmicznej sfery.

Padło tylko jedno słowo.

– Pomogę.

Obaj mężczyźni pochylili się nad śmierdzącą padliną, aby dokonać jej ostatecznego końca…

 

*

 

Kilka dni spędzili w oczekiwaniu u wejścia do jaskini. Co jakiś czas posilali się upieczonym mięsem. Odpoczęli. Nabrali trochę sił. Pewnego ranka obudzili się w ciszy. Niebo rozświetlała jasna łuna. Wstali. Sprawdzili czy nic im nie grozi i ruszyli w dalszą drogę. Stracili tydzień. Mieli coraz mniej czasu, żeby dotrzeć do sekretnego bunkra.

 

*

W dzień spotkania z wysłannikami króla, na horyzoncie spostrzegli znane wzniesienie. Pod jego powierzchnią mieli omówić przyszłość z tymi, co przetrwali i dotarli na miejsce. Z rąk zaufanych reprezentantów Władcy, dostawali życiodajny eliksir mocy i wieści z odległych zakątków. Otrzymany płyn, uzdrawiał na jakiś czas pokaleczone ciała. Dodawał wyniszczonym, zdeformowanym członkom zdrowia i sił. Starczało jednak tego na krótki czas, a plotki od dawna głosiły, że jego zasoby sięgały dna.

Mor i Geli przystanęli i patrzyli na wzgórze. Z jednej strony poczuli ulgę, że zdołali dotrzeć na spotkanie na czas. Z drugiej strony niepewność co ich tam czeka – wzbudzała strach. Ostatnie trzy tygodnie minęły im na szybkim marszu, śnie i sporadycznych posiłkach. Drogę oświetlało jasne niebo.

– Czego się spodziewasz Geri?

Mężczyzna oparty na grubym, drewnianym konarze rozglądał się dookoła.

– Początku i końca – odpowiedział cicho. – Dokładnie tego.

– Co masz na myśli?

Mor zaciekawiony podszedł bliżej do towarzysza.

– Dokładnie tego co powiedziałem. Szkoda czasu na zastanawianie. Mamy jeszcze kilka godzin marszu. Ruszajmy.

 

*

Mor i Geli znaleźli tajemny korytarz prowadzący do bunkra bez trudu. Długi labirynt oświetlony pochodniami zwieńczała komnata przypominająca starożytne Koloseum. Przejście prowadziło do górnych kondygnacji, schodzących eliptycznie  33  rzędami w dół. Ostatni z nich graniczył z areną, na której w centralnej części stało okryte suknem podwyższenie. To tam mieli pojawić się wysłannicy Panującego, aby rozdzielić eliksir i porozmawiać o losach świata. Mężczyźni siedli w połowie kondygnacji. Poza nimi, na to co miało nastąpić czekało już na trybunie około stu istnień. Większość z nich dotarła tu ostatkiem sił, a ich droga do bunkra okupiona była często nieludzkimi wyborami. W ogromnym pomieszczeniu panowała cisza. Zgromadzeni odpoczywali po długiej wędrówce i z niecierpliwością czekali na przybycie swoich reprezentantów.

Nagle  z tyłu podwyższenia zostało odsłonięte przejście, z którego niosąc jasne pochodnie wchodzili jeden za drugim mężczyźni ubrani w długie szaty. Było ich siedmiu. W równych odstępach stanęli na skraju sceny, na której miał się za moment rozegrać ostateczny spektakl. W panującej ciszy słychać było skwierczenie palących się na pochodniach płomieni. Wszystkie oczy skierowane były w miejsce, z  którego wyszli mężczyźni.

Kiedy napięcie stało się nie do zniesienia z korytarza wyłoniła się drobna postać.  Stanęła w centralnej części podwyższenia, oświetlanego przez 7 mężczyzn i przemówiła.

–  Od wielu lat jestem waszym przywódcą i królową. Nikt z was mnie do dzisiaj nie widział, a o moim istnieniu i panowaniu wiedzieli tylko wysłannicy, którzy stoją teraz przede mną z pochodniami..

Kobiecy głos wprawił wszystkich w osłupienie. Nie tego spodziewali się przybyli wędrowcy. Nie drobnej, wątłej kobiety… Nie w tym miejscu…

– Dziś mam przekazać wam wieści, których jeszcze niedawno sama się nie spodziewałam. Wojna dobiegła końca. Nie ma już z kim walczyć, ani o co. Wyniszczyliśmy siebie nawzajem. Pozostaliśmy tylko my. Przypuszczenia o końcu zasobów eliksiru są prawdziwe. Jeszcze kilka tygodni temu sądziłam, że nie ma dla nas ratunku…

Tu postać na chwilę zatrzymała swoje przemówienie, dając słuchaczom czas na zrozumienie nowych okoliczności. Wszystkie oczy wpatrywały się z niedowierzaniem w filigranową postać. Niestety i królowej nie oszczędziły choroby i kalectwo. Niedoskonałości ciała kobiety zakrywała obszerna tunika. Lewa strona twarzy w połowie została unieruchomiona skamieniałą naroślą, która przykuwała uwagę zarośniętym oczodołem. Twarda skorupa tworzyła nad jej głową swoisty hełm. Fragment ust, wykrzywiał bolesny grymas. Nos pokrywał szary pancerz nadając jej twarzy wojowniczy wygląd. Jednak druga strona twarzy była całkowitym przeciwieństwem poprzedniej. Onieśmielała delikatnością i miękkością rysów. Zachwycała pięknem i niezwykłością urody.  Patrzące oko zdobiło głębokie, ciepłe spojrzenie. Ta dwoistość oblicza w połączeniu z wypowiadanymi przez królową Ayo słowami – tworzyła mistyczną atmosferę.

– Czekał nas koniec, na jaki zasłużyliśmy – kontynuowała. – Nie sądziłam, że stanę przed wami i powiem to, co teraz usłyszycie, jednak nie tylko my przeszliśmy metamorfozę, która nas boleśnie doświadczyła. Przemianie uległ również wszechświat i on postanowił o nas zawalczyć, mimo, że my zrobiliśmy wszystko, aby zniszczyć swój dom. 22 dni temu, w dalekiej galaktyce, nastąpiło zderzenie kilku planet. Deszcz ogromnych meteorów dotarł i do nas. Większość z  żyjących zabił, ale ci, którzy tu dotarli są uratowani. Wielki podmuch oczyścił skażone powietrze. Niedługo do ziemi dotrze słońce, a to na nowo zrodzi życie. Eliksir, który nam pozostał, musi wystarczyć do momentu, aż zieleń zakiełkuje i pozwoli nam trwać dalej. Możemy przetrwać dzięki pomocy innych cywilizacji, które postanowiły dać nam ostatnią szansę…

Po tych słowach zamilkła, a z kącika oka wypłynęła łza, która ciężką kroplą spłynęła po drżącym policzku…

cdn…

koperatomasz1-570x417

Obraz – Tomasz Alen Kopera