Postanowiłem dziś popełnić samobójstwo. Czemu? A czemu nie?  Trochę dla fanu, trochę z  ciekawości, czy jestem w stanie to zrobić. Każdy mój kolejny i kolejny dzień to teatrzyk udawania
przeróżnych postaci, których niestety nikt nie odgaduje. Staram sie być dobrym aktorem ,ale chyba nikt ani nic nie czyta, ani nic nie ogląda, no oczywiście poza popierdoloną papką- masówką. Niestety role z seriali, czy ramówki mtv – to byłaby dla mnie kretyńska  błazenada. No bo po co być cycatym glonojadem bez żadnej myśli, albo kolesiem w różowych rurkach i kucyku po przeszczepie włosów?

Czasami jestem małym księciem. To chyba mój ulubiony bohater.  Lubię też być Enderem ratującym ludzi i robale. Swoją drogą strasznie go wykręcili na tych wojennych symulacjach. Zawsze mi go było żal… był taki rozczulająco naiwny, jak ja kiedyś… Czasem jestem buszującym w letnim zbożu uosobieniem wolności. Mam też sentyment do przedstawiania Bunga, który tylko pozornie jest niezrównoważonym ignorantem. Imponuje mi Joker, znający wszystkie ludzkie słabości i Hannibal Lecter, potrafiący uciszać nawet owce. To są naprawdę postacie godne naśladowania. Wcielam się w te role,  bo w realnej rzeczywistości nie spotykam nic ciekawego. Brakuje mi emocji, interakcji, adrenaliny, zainteresowania. Otaczają mnie jedynie zapatrzone w wyświetlacze małpy, które traktują je jak wyrocznie. Pozbawione swych urządzeń wariują zdezorientowane i kompletnie zagubione. Jedynie w nich mogą  żyć…

Starałem się. Serio. Chciałem chociaż czasami wdać się w jakiś dialog, dyskusję na konkretny temat, czy nawet pomilczeć z kimś wierząc, że nie jest to tylko bezmyślne trwanie. Niestety dłużej  nie jestem w stanie dzielić świata z takimi idiotami. Ulało mi się. Chcę bez pożegnania przenieść się do innego wymiaru, w który wierzę. Jak sobie go wyobrażam? Hmm. No mam nadzieje, że znajdę tam chociaż czasem coś, czy kogoś prawdziwego. Tak po prostu. Jedynie prawdziwego, żebym wreszcie przestał odgrywać te żenujące spektakle…
*

Chcę umrzeć. Nie. To nie desperacja, a przemyślana decyzja. Chcę umrzeć, ale nie mogę sam się nawet zabić, bo jedyne co jestem w stanie samodzielnie zrobić, to ssać ciecz z rurki wepchniętą mi do ust… I to nie za gęstej, bo zaczynam się krztusić. Prosiłem moich rodziców o pomoc, ale oni są katolikami, a w ich rozumieniu taka decyzja to boże broń. Pozbawiłoby mnie to biletu do nieba.
Tłumaczyłem im wielokrotnie, jak jeszcze mogłem coś wycharczeć, że nie raz byłem po tamtej stronie i chcę tam zostać. Przerabiałem swoje spotkanie ze śmiercią nie raz, ale ta durna cipa w  ostatnim momencie zapala światło i pcha mnie w ten porąbany tunel z powrotem na ziemie. I znów ląduje jak kretyn z łóżku, z którego jedynie idiotycznie się uśmiecham. Znaczy mamie i tacie wydaje się ze ja jestem uśmiechnięty, bo to ostatnie na co miałbym ochotę. Niekontrolowany przykurcz mięśni twarzy sprawia, że oni są zadowoleni. Głupie co? Już już z dwa razy byłem o wiele dalej i miałem nadzieję, że wreszcie zostawiam to ziemskie więzienie i ciało, które stało się po nieudanej operacji, jedynie gnijącą padliną, poprzebijaną medycznymi przewodami.

Moim bliskim się wydaje ze robią mi przysługę. Za kolejny przez nich zaciągnięty kredyt mogę sobie pojeść przez sondę i wykupciać się w woreczki. No zajebista sprawa pożytkować każdą chwilę dla siebie, nawet nie tracąc czasu na wizyty  kiblu. Od roku nie mówię. Mogę jedynie mrugać powiekami i popijać z rurki, czekając, aż zdechnę, bo wreszcie któryś z narządów spierdoli się na amen. Postaram się połknąć język. Jeśli mi się uda – wreszcie będę wolny…

*

Zawsze byłam odpowiedzialna, spokojna, przewidywalna. Jako najstarsza z rodzeństwa niańczyłam maluchy, kiedy rodzice robili zawody, kto szybciej się najebie, a potem udawałam przed nimi, że tatuś nas kocha, a bije, bo jesteśmy nieznośni i to taka życiowa lekcja dla naszego dobra. Ten stary frajer od lat nas leje i każdą pensję przechlewa w kasynie, albo w burdelu. Matka zaś puszcza się z przygodnymi menelami. Za zarobione w ten sposób pieniądze może czasem kupić nam coś do jedzenia. Ja pracuję w spożywczym na nocną zmianę. Odsypiam – jak wyprawię domowników do szkoły i mam szczęście, że nie ma obok libacji, na której co jakiś czas wszyscy się jak nie tłuką to kopulują. Jedynym co mnie trzymało przy życiu, były moje siostry i brat, ale nie jestem już w stanie wegetować ani chwili dłużej. Mam nadzieję, że jak mnie zabraknie, ktoś wreszcie się nimi zainteresuje i moje rodzeństwo znajdzie inne domy, w którym będą mieszkać inni rodzice. Tacy z seriali. Dobrzy. Uśmiechnięci. Kochajacy. Moje zniknięcie, to jedyna droga na zmiany. Innej nie znalazłam.

*

Czemu chcę się zabić? Bo znudziło mi sie być idealnym ojcem, mężem, szefem, kolegą, sąsiadem… Pragnąłem innego życia, ale jakoś nie potrafiłem od dziecka przeciwstawić się narastającym oczekiwaniom i prośbom.  Ustawieni rodzice, kochani dziadkowie, nieustanne podnoszenie poprzeczki i grymasy na ich twarzach. Ciężko było się z tego wyrwać, bo nikt nie pytał mnie o zdanie. Sukces gonił sukces. Wszystko było przecież takie najlepsze, idealne, wymarzone. Nie zdarzyłem pomyśleć czego chcę, a już kilka opcji czekało do wyboru. Nie musiałem nic wymyślać, o nic zabiegać, bo rodzina podtykała mi szybkie rozwiązania. Kochająca żona, dzieci, korporacja, kupa kasy, przyjaciele, zdrowie i tak kurwa w kółko i w kółko do porzygania.  Przykładni pod każdym względem.
Idealni, godni naśladowania i zazdrosnych spojrzeń. Kilka razy starałem się powiedzieć, że wysiadam, że  duszę się w tym bajkowym lukrze, ale patrzyli na mnie jak na wariata. Zazdrościłem mojej gosposi i sprzątaczce, że czasem borykają się z bezsilnością, walczą, starają się, aby za jakiś czas emanować szczęściem. Zazdrościłem im emocji, których ja, w tej idylli bez niespodzianek – byłem pozbawiony. Czy kocham żonę? Dzieci? Nie mam pojęcia. Raczej nic o sobie nie wiemy, bo każdy stworzył z tych sukcesów i zachcianek swój świat, w którym nikogo nie potrzebuje…

*

W gustownie urządzonym pokoju biskupa, dwóch młodych ministrantów, pakowało do kartonów
stosy teczek na polecenie klechy. Łysy, z widoczną nadwagą mężczyzna, podszedł do ogromnego telewizora i włączył kanał informacyjny. Z głośników bose, rozmieszczonych po całym pomieszczeniu, młoda redaktorka relacjonowała wiadomości minionego tygodnia. ,,Fala samobójstw w całym kraju poruszyła opinią publiczną. Wiele ciał znalezionych w różnych okolicznościach, nosi znamiona okaleczeń, będących przyczyną śmierci – jednak wykluczające działanie osób trzecich. Co skłoniło ofiary do tak dramatycznej decyzji? – spytała kobieta kończąc relacje.
Biskup patrząc w ekran parsknął śmiechem. Ślina pociekła mu z ust, a przekrwione od używek oczy stały się prawie niewidoczne pod spuchniętymi powiekami.
– Widzicie chłopcy? – zwrócił sie do obecnych w salonie ministrantów. – Ot głupcy i tyle! Słabeusze, miernoty tępe. W głowach im się przewraca z dobrobytu i nudy. Przeklęte czasy. I co teraz ich czeka? Wieczny szloch i zgrzytanie zębów haha. Bóg nie popiera takich wyborów. Samobójca wyrzeka się boga, a on mu tego nigdy nie wybaczy. Dostali życie od stwórcy i  tylko on może o nim decydować. Do kościoła by poszli. Poprosili o rozgrzeszenie, to i może przy dobrej ofierze, bóg odpuściłby im grzechy. Nieprawdaż moi pomocnicy?

Nagle tłuste ciało jak rażone piorunem upadło twarzą na ziemie. Na białej sutannie, w miejscu wbitego w plecy antycznego noża do papieru, pojawiła sie brunatna plama, która stawała się coraz większa.
– Prawdaż skurwysynu… – wyszeptał roztrzęsiony chłopiec stojący za nim. – Mało brakowało, a dziś w tej relacji mówili by również o mnie…