W dzień jest łatwiej. Czas mija szybko, kiedy automatycznie wypełniam rozkład dnia. Przemieszczam się z miejsca na miejsce jak zaprogramowany robocik. Wszystko się zmienia, kiedy wracam do domu, zamykam drzwi i mogę być sobą.

Kiedy zostaję sama z tym co czuję, pamiętam oraz wiem o sobie – zaczynam się bać. Nie ma gdzie uciekać, nikt mnie nie obroni przed myślami, które tatuuje czas. Nie chcę być tą podłą, wyzutą z emocji istotą. Nienawidzę swojej prawdziwej twarzy, którą konsekwentnie maskuję milionem nieprawdziwych odsłon. Łudziłam się, że z czasem przywyknę, strach zniknie, a  ja przyzwyczaję się do kanalii, która nie cofnie się przed niczym. Nie zna świętości, ideałów, priorytetów, zasad. Nie ma przyjaciół, rodziny, zaufanych znajomych, nawet pies jej zdechł po trzech latach, nie potrafiąc istnieć w towarzystwie takiego zła. Czy mimo strachu i wątpliwości naprawdę się nienawidzę?

Od najmłodszych lat słyszałam, że jestem ,,inna’’. Wtedy brzmiało to nawet pozytywnie. Rodzice nie chcieli nazywać tego odpowiednimi słowami. Schodzili mi z drogi przy każdej konfliktowej sytuacji, wiedząc, że ja nie ustąpię i zrobię wszystko, żeby osiągnąć cel. Chyba sama wtedy nie miałam świadomości tego kim jestem, bo nie pamiętam strachu, który teraz jest z roku na rok coraz silniejszy.

Tak. Krzywdzenie innych sprawia mi radość. Niszczenie wszystkiego co dobre, daje mi nienazywalną satysfakcję. Ból w oczach ludzi, którzy mi zaufali, karmi moje rozrastające się, zakochane jedynie w sobie ego. Czemu mimo tej świadomości ukrywam przed innymi prawdę? Czemu gram czasem rolę wrażliwej, pomocnej, czułej kobiety, która marzy o uszczęśliwianiu innych? To proste. W ten sposób mogę osiągnąć więcej. Udając, że jestem kimś innym, łatwiej mi manipulować światem, który jak marionetka zawieszona na linkach, słucha każdego mojego ruchu.

Czego się więc boję? Tylko siebie, bo nie znam nikogo tak złego, bezwzględnego i pozbawionego emocji. Chociaż znów kłamie. Przecież za każdym razem, kiedy upodlę kogoś bezwzględnie, kiedy płyną łzy goryczy na zaskoczonych twarzach – czuję radosną satysfakcję. Czuję ulgę i marzę o kolejnym zniszczeniu napotkanego dobra. Nie mam rodziny. Przyjaciół. Właściwie nienawidzę ludzi i ich żałosnej ckliwości. Marnej wiary w siebie, czy pokładanej w utopijnych pragnieniach nadziei. Ale chyba najbardziej nie mogę znieść miłości. Gdy staje mi ona na drodze, jestem w stanie poświęcić wszystko, żeby ją zabić. Kiedy patrzę jak kona jestem na chwilę spełniona. Czy chcę być taka? Próbowałam to zmienić, jednak kończyło się to jeszcze dotkliwiej dla tych, dla których chciałam być ludzka. Niech zostanie więc jak jest.

Ci, którzy mi zaufali – polegli. Ci którzy pokochali – umarli za życia. Pożerałam ludzkie serca jak trofea nieśmiertelności. Im więcej było ofiar, tym stawałam się silniejsza i bardziej wyrafinowana w swoich praktykach. Nie potrafiłam się zatrzymać, przestać. Z roku na rok kręgi zła rozprzestrzeniały się coraz szerzej, a ja triumfowałam! Powszechni mordercy, zwyrodnialcy, historyczni ludobójcy, nie byli tak pozbawieni zasad jak ja. Tego też się boję. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie gorszej bestii. Ta świadomość daje mi takie poczucie siły i możliwości, że konkurencja nie istnieje. Nie mam przeciwników, którzy byliby w stanie mnie chociaż na chwilę unieszkodliwić, osłabić. Nie ma nikogo, z kim mogę rywalizować o tron zła…

Jeden jedyny raz myślałam, że coś się zmieniło.  Miałam 27 lat, kiedy spotkałam podobnego do mnie wybrańca mroku. Byliśmy niemożliwie identyczni. Jak bliźniacze odbicia szatana. Wierząc w mroczne przeznaczenie, postanowiliśmy dla siebie być inni. Nie krzywdzić się wzajemnie, nie ranić, nie knuć, nie udawać. Żyć w oddaniu, miłości i szczerości. Wspólnie spełniać najbardziej wyuzdane fanaberie, jakie rodziło zło. Niszczyć ramię w ramię cały świat i czerpać z tego niedostępną dla innych moc. Nie wytrzymałam. Kiedy miałam pewność, że oddał mi się całkowicie i kocha mnie bardziej od siebie, wyrwałam mu serce i patrzyłam jak umiera… Liczyłam, że się odrodzi. Zawalczy o siebie i ukaże mnie za zdradę. Patrząc mi prosto w oczy odszedł. Odszedł bez słowa… To mi uświadomiło że jestem najgorsza i absolutnie bezkarna…

Wieczorem, kiedy nic nie mąci mojego spokoju, wspomnienia rysują się wyraźniej. Przeszłość mówi mi głośno kim jestem. Pokazuje mi skutki wielu działań. Utrwala nawyki i schematy, prowadzące do zwycięstwa. Czasami zasypiając, obiecuję sobie więcej nie rodzić zła. W każdym śnie odwiedzają mnie posłańcy zła, a rano budzę się jeszcze okrutniejsza.

Brzydzę się siebie i kocham jednocześnie za to, że nie ulegam człowieczeństwu. Pomimo strachu, podziwiam swoją  potężną siłę, której nic nie potrafi zatrzymać. Miewam myśli, że powinnam się zabić dla dobra innych, jednak instynkt przetrwania i chwile spełnienia po zgładzeniu kolejnej ofiary…

…wygrywają…

8a85be10563f09d1209620ebcefaab98