pobrane

Ciężar wzroku postaci przypatrującej mi się  z lewego rogu sypialni był nie do zniesienia.

Męczące poczucie skrepowania spłycało oddech. Powieki mrugały automatycznie, a zdezorientowane myśli podpowiadały, że nie jest to niestety senna projekcja.

– Muszę się natychmiast obudzić! Obuuudzić!! – powtarzałam, leżąc jak zahipnotyzowana w ciemnej sypialni.

Świadomość szeptała zdenerwowana kim jest milczący gość. Przecież sama od dawna prosiłam o  to spotkanie, a kiedy do niego doszło, gapimy się na siebie w milczeniu.

Zamknęłam nienaturalnie mocno powieki. Ścisnęłam je jak małe dziecko, które chce zniknąć przed zasłużoną karą. Postanowiłam policzyć do trzech, otworzyć oczy i jeśli nic się nie zmieni – zmierzyć z nietypową wizytą. Raz… dwa… trzy… Postać stała w tym samym miejscu, w ciemnym kącie pomieszczenia, pod drewnianym skosem ściany. Materac psa jak na złość był pusty, a księżyc schowany za chmurami, przypatrywał się nam z oddali…

– Witaj Chloe. Tak to ja. Dzisiaj postanowiłem się z tobą zobaczyć. Złościsz się na swój świat od wielu lat. Nienawidzisz tego co cię otacza. Nie akceptujesz rzeczy, których doświadczasz. Przeklinasz swoje życie. Nie potrafisz znaleźć w niczym spokoju, ani szczęścia. Prosiłaś mnie o spotkanie i pomoc. Dziś uznałem, że jesteś na nie gotowa. Chcesz wybrać inny wymiar. Poznać pozostałe rzeczywistości, czyż nie? – postać zrobiła krok do przodu. To pozwoliło mi zobaczyć właściciela głosu nieco wyraźniej.

Tak. Byłam adresatem tego pytania. Z roku na rok stawałam się coraz bardziej rozczarowana i zgorzkniała. Prosiłam Proroka Nieskończoności o pomoc i poznanie innych miejsc, gdzie może byłabym zadowolona.

-Ee… To prawda. Wybacz moje zaskoczenie. Nie spodziewałam się ciebie tej nocy, ale czekałam na to spotkanie od dawna. – byłam zdenerwowana a suchość w ustach zniekształcała mój głos.

– Chciałabym znaleźć się w innym miejscu. Lepszym… W tym… w tym jest mi źle…

– W lepszym? A skąd pewność, że takie istnieje? – Siedząc na łóżku przypatrywałam się mówiącej do mnie cicho postaci. Wiele razy wyobrażałam sobie jak będzie wyglądał ten nietypowy przybysz. Postać nie zaskoczyła mnie jednak niesamowitym, nieznanym wizerunkiem. Przede mną stał nieco przygarbiony mężczyzna, ubrany w ciemno błękitny płaszcz. Zakapturzona głowa potęgowała wrażenie tajemniczości. Odsłonięta, dolna część twarzy była mocno pomarszczona i blada. Wąskie usta pozbawione zdrowego koloru. Kościste dłonie zakończone bardzo długimi palcami.

– Wierzę, że nie wszędzie jest tak podle i destrukcyjnie jak na ziemi. Mylę się?

– Pokażę ci parę ,,innych’’ miejsc, ale jeśli nie wybierzesz lepszego – zostaniesz na ziemi na zawsze. Na zawsze – to nie do końca twojego cielesnego – znanego dziś istnienia. Będziesz się odradzać na ziemi kolejne setki lat i już nigdy jej nie opuścisz.

– A jeśli wybiorę sobie inne miejsce, gdzie mi będzie lepiej – będę mogła tam zostać?

– Tak. Zostaniesz tam, gdzie ci się bardziej spodoba, a teraz wstań, zamknij na chwilę oczy i daj mi obie dłonie.

Wstałam. Zamknęłam oczy, wyciągnęłam przed siebie obie ręce. Spodziewałam się zimnego, szorstkiego dotyku. Zaskoczeniem była więc ciepła i miękka materia – która je delikatnie ścisnęła. Poczułam niesamowitą lekkość. Jakbym przestała podlegać prawom grawitacji. Jakbym pozbyła się ciała i jego ciężaru.

*

– Możesz otworzyć oczy. – Moje rozmyślania o własnym stanie skupienia przerwał cichy głos Proroka.

Połączona nadal dłońmi z postacią otworzyłam oczy i zaczynałam badać najbliższe otoczenie. Zawieszeni byliśmy w nieznanej przestrzeni w przezroczystej bańce – kulce o średnicy 1.5 metra wypełnionej zielonym, metalicznym płynem. Na zewnątrz była niezliczona ilość okrągłych, zielono – srebrzystych kształtów. W środku każdego z nich znajdowały się najrozmaitsze istoty. Pierwsze na myśl przyszły mi Gwiezdne Wojny, których nie byłam zwolennikiem, ale zapamiętam z filmu śmieszne stwory, jakie w infantylny sposób zobrazował reżyser. Koliste bryłki podróżowały w nieznanych kierunkach, z jednym lub dwoma pasażerami.

– Małe te stateczki. Możemy z nich wyjść?– spytałam. Chciałam spytać, ale nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu, bo płuca wypełniał nieznany płyn.

Zdziwienie trwało krótki zaledwie moment, bo słowa, jakie miałam przed chwilą wypowiedzieć – pojawiły się przed nami na ściance kulki.

Prorok uśmiechnął się do mnie, a za dwie sekundy zobaczyłam iskrzący napis, będący odpowiedzią na moje pytania.

– Witaj w wymarzonym świecie. Nie ma wyjścia, ani innego bytowania poza kulką. Nie musisz za to nic robić. O nic się starać. Niczego planować. Możesz za to trwać bez celu i sensu w tej cieczy, która wypełnia każdą twoją tkankę, jak formalina. Jedynie wzrok pozwala ci na jakikolwiek kontakt z ,,nie sobą’’, ale za jakiś czas uznasz, że lepiej zamknąć oczy.

– Nic nie mogę zrobić??!! – krzyknęłam. Niestety krzyknęły jedynie myśli, bo ja emocje wyraziłam kolejnym napisem.

– Nic. Nie można zrobić nic. Przecież ludzie tak często nie chcą robić nic – nieprawdaż?!

– Hmmm. Nie można robić nic. Tylko trwać i gapić się jak niema ryba na resztę mieszkańców.  Proroku gdzie my właściwie jesteśmy. Co tutaj jest ciekawego?

Mój współlokator wydawał się rozbawiony moimi pytaniami.

– Nie ma i nie będzie tu nic. Jesteście panami nicości. Nudy. Niebytu. Pustki. Przecież nie raz chciałaś sama zniknąć. Prosiłaś o czapkę niewidkę i zapadnięcie się pod ziemię. Wkurzona na ciągłe musy, ograniczenia, wyścig szczurów, nieustanna walkę o jutro i strach o przyszłość. Można uznać, że jesteś właśnie w tym idealnym, wyproszonym przez siebie miejscu.

Patrzyłam na mijane bańki z innymi ,,szczęśliwcami’’, ale jakoś nie było po nich widać ani zadowolenia, ani tego oczekiwanego błogostanu trwania w nic nie robieniu. W zielonych akwariach panował smutek. Rezygnacja. Zawód. Na ściankach, co jakiś czas pojawiały się migocące zdania. Nawet na tych – gdzie była tylko jedna istota. Widocznie musiała porozmawiać sama z sobą…

 

*

Chce wracać! – wyświetliło się przed nami. A ja jak umiałam najidiotyczniej wcielałam się oczami w rolę Kota ze Shreka. – Możemy już opuścić te nudne i bezsensowne bańki?

– Nie, nie. Nie tak szybko. Popatrz jak tu fajnie. Nie trzeba robić nic. Nic się nie wydarzy. Nic nie zaskoczy. Nic niespodziewanego nie spotka. Możesz rozkoszować się pustką, brakiem zmian i  zaskoczeń. Na zderzenie kulek też nie ma co liczyć. Zostało to skasowane z opcji, aby uniknąć niepotrzebnych emocji i sensacji w tej waszej oazie trwania.

Wyświetlane słowa były potwierdzeniem na to, że mój towarzysz podróży ma wyczucie chwili i niebanalne poczucie humoru. Za to mnie było coraz mniej radośnie. W kulkach podróżowały oczy, które miały świadomość przegranej. Błędnych decyzji. Złych wyborów. Rozczarowania. Chęci ucieczki…

– A gdyby być w tym zielonym, przezroczystym pudełku z kimś bliskim?? Od razu przypomniał mi się eksperyment z hipotetycznym Kotem Schrödingera, który mimo usilnych tłumaczeń wielu mądrych osób – był dla mnie niezrozumiały.

– To jeszcze większy zawód i porażka. Nie jesteś w stanie odczuwać w zielonej cieczy nieśmiertelności NIC. Dotyk, emocje , wrażliwość zostały zalane płynem obojętności. Rozmowy, bezcenny nocny szept kochanków – to tylko metaliczne wyrazy wyświetlane na krawędzi waszego wymarzonego świata. Nie ma głaskania. Uścisku. Pocałunku. Nie ma śmiechu. Nie ma głosu.

– Czyli nie można tu nic odczuwać? Uczucia zostały sparaliżowane tym płynem? No, ale ja czuję ten bezsens. Wiem, że nie chcę tu być. Dusi mnie ta pustka.

–  Ciebie tak, bo jesteś tu ze mną i na razie twoje emocje są jeszcze na poziomie tych, które miałaś. Płyn masz tylko w płucach, bo tu nie da się inaczej porozumiewać, ale jeśli wypełni twoje tkanki – będziesz ich pozbawiona.

– Ale przecież w tych mijanych przez nas oczach widać smutek i rozczarowanie? To przecież też emocje! – Starałam się pojąć to co się tu dzieje.

– Nie masz racji. To taki stan zobojętnienia i rezygnacji, który nie wymaga emocji. Taka hibernacja w wegetacji.

– Nie chcę tu dłużej zostać. Nicość nie jest dla mnie… Możemy wracać? Proszę… – Naprawdę miałam dość.

– Dobrze, ale to dopiero początek tego, co tak bardzo chciałaś poznać. Podaj dłonie. Wkrótce spotkamy się ponownie, a teraz zamknij oczy.

 

*

 

Ocknęłam się obolała leżąc w sypialni przykryta kocem. Pies na swoim miejscu zadawał postawionymi uszami pytania. Powoli rozluźniałam mięśnie – rozkoszując się ziemska grawitacją. Świtało. Spojrzałam na zegarek. 5.36. Ani spać, ani wstawać. Postanowiłam wyprowadzić psa, żeby bez stresu pozwolił mi wyjątkowo długo potem pospać. Ubrałam dres i za kilka minut – ja patrzyłam na budzące się niebo, a sierściuch wesoło zbierał informacje pozostawione na trawie przez kolegów. Po spacerze wzięłam Zoolpic. Czy te białe, małe tableteczki są moim jedynym synonimem szczęścia? Czy zrozumienie i bliskość przestały istnieć? Czy naprawdę ludzie muszą się krzywdzić bez powodu? Pamiętam jeszcze wypełnione śmiechem wieczory i namiętne noce. Gdzie to zniknęło? Zapytam o to Proroka, jak znów mnie odwiedzi. Powoli substancja zaczęła mnie wprowadzać w inną rzeczywistość. Zdecydowanie lepszą, niż w tą w zielonych więzieniach…

 

*

Kolejne dni mijały mi na rozmyślaniach o spotkaniu z Prorokiem i krainie srebrzystych baniek. Nic nie robić i na nic nie czekać musi być koszmarem. Za każdym razem, kiedy zaczęłam marudzić na natłok obowiązków przypominał mi się niemy horror, z napisami na ściance okrągłego więzienia. Zaczęłam sama siebie przekonywać, że raty kredytu, jakie mam płacić  przez kolejne 26 lat nie są niczym strasznym, a trzy godzinny korek w centrum – możliwością do wykonania kilku zaległych telefonów i posłuchania bez pośpiechu radia. Ziemskie życie posiadało masę emocji, ale większość z nich niestety nie była pozytywna. Gniew, smutek, bezsilność, strach, egoizm, samotność – wyliczałam w myślach te najbardziej doskwierające. Czemu przestaliśmy być radośni, serdeczni, spontaniczni. Czy nie da się funkcjonować bez kalkulowania, narzekania i złości? Fajnie by było jak kiedyś spotykać się ze znajomymi wieczorami, ale teraz nikomu się nie chce, a jak chce, to wybiera opcję komunikatora z własnej kanapy. A miłość? Czy ona jeszcze mnie czeka? Ostatnia po 2 latach stwierdziła, że woli opcje singiel, bo tak jest wygodniej. Nie trzeba nic ustalać, dopasowywać się, szukać kompromisu. A poprzednia… aaa no poprzednia zapomniała, że jesteśmy razem jak wyjechałam w delegację. Dodatkowo, aby go upokorzyć i poniżyć wróciłam do własnego domu 4 dni za wcześnie. No debilka ze mnie. Złośliwa i podstępna żmija, która chciała go nakryć w wspólnej sypialni, z jego uczennicą. Swoją drogą małolata miała świetne ciało. Jak to zwyczajowo w jej wieku. Nieprzyjemny koniec. Jedynie pies trwa przy mnie z jako takim oddaniem 12 lat, chociaż nie będę sprawdzać czy sąsiadka nie przekupi go lepszym kabanosem.

 

*

 

Prorok Nieskończoności pojawił się ponownie w upalny czerwcowy wieczór. Dochodziła druga w nocy  a ja nadal siedziałam w salonie pod wentylatorem sącząc kolejne mohito. Tym razem przywitałam gościa bez strachu, a z wielką ciekawością tego co wydarzy się dalej.

– Cześć Chloe. Ciągle jesteś niezadowolona z ziemskiej rzeczywistości? Lecimy dalej?

– Myślałam sporo o tych bańkach. Bezczynność i nicość z zalanymi płucami, z pewnością jest gorsza od tego co znam. Chciałabym czuć życie. Spełniać swoje pragnienia. Czuć. Działać.

– Podaj mi zatem proszę dłonie i zamknij oczy.

Zrobiłam to o co poprosił Prorok. Musiał słyszeć moje bijące serce, które zdecydowanie zwiększyło aktywność pod wpływem adrenaliny i emocji.

Tym razem nie poczułam stanu nieważkości, a jakby tylko minimalne przesunięcie, czy przestawienie. Jakbym była ludzikiem z klocków lego, którą przestawia moja siostrzenica w zabawie w dom. Nadal było gorąco, ale byłam pewna, że nie stoimy już w moim pokoju. W powietrzu unosiły się nieprzyjemne zapachy, a ciszę co chwilę przerywały jakieś krzyki, śmiechy, skowyty i jęki.

– Chloe. Jesteś gotowa na spotkanie z rzeczywistością przepełniona emocjami i nieprzewidywalnością?

– Mam nadzieje, chociaż tym pytaniem pewnie coś mi sugerujesz. Mogę otworzyć oczy?

– Tak. – W tym też momencie Prorok puścił moje dłonie, a ja zobaczyłam scenerię, która przypominała powojenne, nadpalone gdzie niegdzie zgliszcza, od których byliśmy jakieś 500m. W oddali widać było ludzi. Panował hałas i zgiełk, a przede wszystkim nieład i brud. Im bliżej podchodziliśmy do skupiska będącego źródłem smrodu i chaosu tym wyraźniej widziałam mieszkańców tego miejsca.

Niektóre postacie przypominały ludzi, inne były hybrydami różnych gatunków, jeszcze inne całkowicie mi nieznane. Sylwetki były jednak niekompletne. Albo brakowało jakiejś kończyny, albo ciało nosiło znaki okaleczenia. Wszystkie jednak ogarnięte były jakimś szałem. Istoty, które były w pojedynkę, albo sobie coś wydłubywały, albo odcinały, podpalały, szarpały. Ślady krwi, gnijące resztki były wszędzie. Otoczenie sprawiało wrażenie otwartego ogromnego hangaru, w którym przeplatały  się miejsca do leżenia i siedzenia. Nie było osobnych zabudowań, a jak sięgnąć wzrokiem otwarta przestrzeń będąca własnością wszystkich.

– Proroku! Co tu się dzieje. – Wyszeptałam przerażona, bojąc się, że ktoś nas usłyszy.

– Jesteś w przybytku emocji i nieprzewidywalności. Obłędu, braku granic i z pewnością miejscu, gdzie nie ma nudy.

– Nie kpij proszę, bo na serio jestem przerażona. Co oni sobie robią? Czemu nikt nie wygląda normalnie a przede wszystkim kompletnie? Czy oni nas napadną, bo zaczynam się bać, że nie wrócę w tym stanie w jakim jestem.

– Nie. Nie bój się. Oni nas nie widzą. Gdyby było inaczej z pewnością zaraz zostałabyś ofiarą zbiorowego gwałtu, a potem pozbawiona jakiejś części, z  którą lepiej się nie rozstawać.

– Nie żartuj. Możemy wracać?

– OOooo.. Już chcesz wracać? Nie tak szybko moja droga. Poznaj świat, gdzie mieszkańcy zadecydowali, ze chcą żyć pełnią życia. Doświadczać jak najmocniej, jak najszybciej i jak najbardziej niesamowicie. Prześcigają się w pomysłach na przekraczanie niemożliwego, chociaż większość szybko umiera, bo każdego dnia chce być dalej i dalej bez końca. Mieliście takiego Morrisona. Dobrze pamiętam? – Mojego towarzysza znów nie opuszczał wisielczy humor.

– Błagam, nie zestawiaj Jima z tym co tutaj się dzieje. To bardziej przypomina tani horror trzeciej klasy, który na filmwebie miałby max 2 gwiazdki.

– W tej rzeczywistości można wszystko. Z pewnością nie ma kar za samo i okaleczanie innych – bo jest to coś, czego pragną mieszkańcy Madru – pod wpływem specyfików od których są świadomie uzależnieni. Tu nie ma podziałów na gatunki. Od wieków kopulują ze sobą wszyscy i wszędzie. Spójrz tam na tą grupę po lewej stronie. O tam, pod tymi roślinami przypominającymi wasze palmy.

Faktycznie pod ogromnymi roślinami z liściastym zakończeniem, uprawiało dziki seks z kilkadziesiąt istot. Ludzkich, nieznanych i pomieszanych. Zachowywali się jakby byli naćpani i kompletnie pozbawieni hamulców. Orgia posplatanych ciał, jakiej z pewnością nie wymyśliłby Hefner w najczarniejszych snach, po nieskutecznej viagrze.

–  Czy oni robią coś innego poza tym koszmarem? – ciężko było patrzeć na stan niektórych organizmów.

– Nie Chloe. Dawno temu podjęli decyzję, że chcą przeżyć swoje istnienie w najbardziej szalony, a w właściwie chory sposób. Ulepszyli specyfiki podobne do narkotyków na tyle, że nie czują takiego bólu jaki ty znasz. Właściwie ten ból daje im przyjemność i rządzę dalszej destrukcji. Ich wytrzymałość na tego typu działania jest inna. Mogą to robić naprawdę do końca życia, no chyba, że poodcinają sobie to bez czego już nie da się ,,istnieć’’, ale raczej mają taki mechanizm samozachowawczy, który instynktownie im podpowiada, gdzie czeka śmierć. Zaprogramowali wielkie roboty do tego, aby dostarczały im tej substancji psychoaktywnej, oraz pożywienie. Niektóre samice rodzą dzieci. Te – jak zostało ustalone – przez radę Władców Madru – zostają zabrane przez roboty do Miasta Dzieci i tam wychowywane i przygotowywane do upustu nagromadzonych emocji przez 12 lat. Potem zaczynają dostawać eliksir i kiedy są gotowe, roboty wypuszczają je na zewnątrz do zabawy na śmierć i życie. Tu wszystko jest wspólne. Nikt nic nie chce posiadać, czy gromadzić. Jedynie istotne jest jak najmocniejsze odczuwanie tego, co uroi się w ich szalonych głowach. Ich przodkowie byli znudzeni ograniczeniami, spokojem, czy normalnością. Wy byście powiedzieli, że ,,świat stanął na głowie’’, ale im o to dokładnie chodziło. Jedyne co ma wypełnić ich życia to realizacja najbardziej wymyślnych fobii, dziwactw i chorych zachcianek. Nie podoba ci się tu? Nie chcesz spróbować jak to jest na maxa puścić wodze fantazji i móc wszystko bez żadnych konsekwencji?

–  Boże nie! Lubię czasem puścić wodze fantazji, ale planuję raczej do śmierci zostać kompletna i jakoś nie preferuję orgii, tym bardziej w takim towarzystwie. Wracajmy proszę.

– Maruda z ciebie Chloe. Tak nie fajnie na tej ziemi, a jak tylko ją opuszczasz nie możesz doczekać się powrotu. Bańki nudne, Madr przerażający. Zastanów się czego chcesz. Może nie ma sensu przeklinać ziemskiego życia? Dawaj dłonie i zamykaj oczy, a po powrocie na spokojnie to przemyśl.

– Dobrze. – Odpowiedziałam cicho robiąc wszystko, żeby się nie poryczeć.

 

*

 

Po drugiej próbie odnalezienia swojego miejsca we wszechświecie miałam dosyć. Nuda nie dla mnie, totalna destrukcja też nie. Kolejne dni lipca były słoneczne i ciepłe. Zabierałam psa na długie spacery. Wieczorami na tarasie czytałam, delektując się czerwonym winem. Wróciłam do Artura Rimbaud. Po spotkaniu z Prorokiem Nieskończoności – ,,Sezon w piekle ‘’ nabrał innego znaczenia. Zaczęłam przyglądać się z większą uwaga ludziom i otoczeniu, które znam od zawsze. Czy było faktycznie aż tak źle.  Coraz częściej rozmyślania puentowało zdanie ,,Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma’’. Doskwierała mi samotność, ale czy nie tkwiłam w niej z własnego wyboru? Nie przypominam sobie, abym jakoś entuzjastycznie podchodziła do propozycji spotkań z kimkolwiek od lat. Może to wszystko zależy ode mnie, a narzekanie i szukanie jedynie złych stron wszystkiego powodowało dokładnie taki odbiór?

 

*

 

Na nadchodzące urodziny zamówiłam przez siostrę mieszkającą w Anglii – niedostępne u nas albumy Gigera, którego uwielbiam od 20 lat. Przesyłka przyszła tydzień przed kolejną metrykalną cyfrą. Postanowiłam poświęcić na jego degustację cały wieczór. Zaopatrzona w zacny, brunatny trunek, zasiadłam do studiowania dokładnie każdej ze stron. Mroczne kadry kreślone przez wizjonera zawsze robiły na mnie duże wrażenie. Czy on znał te miejsca, którymi dzielił się z światem w swoich pracach? Czy znał Proroka Nieskończoności? Czy spotkania z nim były inspiracją do dzieł, które fascynowały i przerażały jednocześnie. Na odpowiedz nie musiałam czekać długo, bo na trzecie spotkanie kapturzasty gość wybrał dokładnie ten dzień.

– Cześć Chloe. 100 lat jak to się u was mówi. Widzę, że przeglądasz album mojego znajomego. Prorok stał za moimi plecami wpatrując się w otwartą książkę.

– Hej. Dzięki. No 100 to może spora przesada. Czyli znałeś go. On tam z Tobą był? – spytałam pokazując mu kolejne strony. Chwilę milczeliśmy starając się wyobrazić miejsca, które zobrazował malarz.

– Tak… Odbyliśmy kilka podróży. Podobnie jak ty prosił o spotkanie, ale ostatecznie zdecydował zostać na ziemi na zawsze.

– Więc nie ma lepszych światów? Pragniemy czegoś, czego nie ma?

– Nie wiem. Zależy. Nie tylko on malował to co mu pokazałem. Nie muszę ci chyba wymieniać artystów, których dobrze znasz zarówno z obrazów jak i literatury. Najwięcej podróży odbyłem z Nietsche. Był zafascynowany tym co mu pokazywałem, ale do końca życia nie potrafił wybrać obłędu, który by go zadowolił. Zabawny był Salwador Dali – prawdziwy szaleniec. Lubiłem go. Ciekawa postać o nietuzinkowej osobowości. Faktycznie wtedy do was nie pasował, ale bardzo kochał Galę, a jej nie mógł zabrać. Tylko dla niej tu pozostał, ale zapewniam cię, ze to był szczególny przypadek. Bosh z kolei po spotkaniu ze mną tak bardzo uwierzył, że byliśmy w piekle, że na zawsze stało się jego obsesją.

– A raj, istnieje coś takiego.

– Nie ma ani piekła ani raju, a to co ci się wydaje miejscem pozbawionym zła, czy krzywdy  istnieje tylko w bajkach dla bardzo małych dzieci, ale i one podchodzą do tego z rezerwą. Chcesz jeszcze poznać inne wymiary, aby przekonać się jak jest ,,gdzie indziej’’.

– Nie… chyba nie… Zostanę tu, bo coś mi mówi, że nie bez powodu kupiłam na kredyt obraz Beksińskiego – In hoc signo vinces. Powinnam zostać z nim na zawsze. Zwyciężę tu. Przynajmniej się postaram.

– Dobrze. Staraj. Najważniejsze jest twoje nastawienie. Życzę ci tego. Nigdy więcej się nie zobaczymy… wiesz o tym?

– Wiem.

Postać bez pożegnania zniknęła, a ja do rana patrzyłam na biomechanoidy i landscapes stworzone przez Ojca Aliena.

*