*

Kolejne dni mijały mi na rozmyślaniach o spotkaniu z Prorokiem i krainie zielonych baniek. Nic nie robić i na nic nie czekać musi być koszmarem. Za każdym razem, kiedy zaczęłam marudzić na natłok obowiązków przypominał mi się niemy horror z napisami na ściance okrągłego więzienia. Zaczęłam sama siebie przekonywać, że raty kredytu, jakie mam płacić  przez kolejne 26 lat nie są niczym strasznym, a trzy godzinny korek w centrum – możliwością do wykonania kilku zaległych telefonów i posłuchania bez pośpiechu radia. Ziemskie życie posiadało masę emocji, ale większość z nich niestety nie była pozytywna. Gniew, smutek, bezsilność, strach, egoizm, samotność – wyliczałam w myślach – chyba najbardziej mi doskwierające. Czemu przestaliśmy być radośni, serdeczni, spontaniczni. Czy nie da się funkcjonować bez kalkulowania, narzekania i złości? Fajnie by było jak kiedyś spotykać się ze znajomymi wieczorami, ale teraz nikomu się nie chce, a jak chce, to wybiera opcję komunikatora z własnej kanapy. A miłość? Czy ona jeszcze mnie czeka? Ostatnia po 2 latach stwierdziła, że woli opcje singiel, bo tak jest wygodniej. Nie trzeba nic ustalać, dopasowywać się, szukać kompromisu. A poprzednia… aaa no poprzednia zapomniała, że jesteśmy razem jak wyjechałam w delegację. Dodatkowo, aby go upokorzyć i poniżyć wróciłam do własnego domu 4 dni za wcześnie. No debilka ze mnie. Złośliwa i podstępna żmija, która chciała go nakryć w wspólnej sypialni z jego uczennicą. Swoją drogą małolata miała świetne ciało. Jak to zwyczajowo w jej wieku. Nieprzyjemny koniec. Jedynie pies trwa przy mnie z jako takim oddaniem 12 lat, chociaż nie będę sprawdzać czy sąsiadka nie przekupi jej lepszym kabanosem.

*

Prorok Nieskończoności pojawił się ponownie w upalny czerwcowy wieczór. Dochodziła druga w nocy  a ja nadal siedziałam w salonie pod wentylatorem sącząc kolejne mohito. Tym razem przywitałam gościa bez strachu, a z wielką ciekawością tego co wydarzy się dalej.

– Cześć Chloe. Dalej nie jesteś zadowolona z ziemskiej rzeczywistości? Chcesz wybrać się ze mną gdzieś indziej?

– Myślałam sporo o tych bańkach. Bezczynność i nicość z zalanymi płucami, z pewnością jest gorsza od tego co znam.

– Podaj mi zatem proszę dłonie i zamknij oczy.

Zrobiłam to o co poprosił Prorok. Musiał słyszeć moje bijące serce, które zdecydowanie zwiększyło aktywność pod wpływem adrenaliny i emocji.

Tym razem nie poczułam stanu nieważkości, a jakby tylko minimalne przesunięcie, czy przestawienie. Jakbym była ludzikiem z klocków lego, którą przestawia moja siostrzenica w zabawie w dom. Nadal było gorąco, ale byłam pewna, że nie stoimy już w moim pokoju. W powietrzu unosiły się nieprzyjemne zapachy, a ciszę co chwilę przerywały jakieś krzyki, śmiechy, skowyty i jęki.

– Chloe. Jesteś gotowa na spotkanie z rzeczywistością przepełniona emocjami i nieprzewidywalnością?

– Mam nadzieje, chociaż tym pytaniem pewnie coś mi sugerujesz. Mogę otworzyć oczy?

– Tak. – W tym też momencie Prorok puścił moje dłonie, a ja zobaczyłam scenerię, która przypominała powojenne, nadpalone gdzie niegdzie zgliszcza, od których byliśmy oddaleni o jakieś 500m. W oddali widać było ludzi. Panował hałas i zgiełk, a przede wszystkim nieład i brud. Im bliżej podchodziliśmy do skupiska będącego źródłem smrodu i chaosu tym wyraźniej widziałam mieszkańców tego miejsca.

Niektóre postacie przypominały ludzi, inne były hybrydami różnych gatunków, jeszcze inne całkowicie mi nieznane. Sylwetki były jednak niekompletne. Albo brakowało jakiejś kończyny, albo ciało nosiło znaki okaleczenia. Wszystkie jednak ogarnięte były jakimś szałem. Istoty, które były w pojedynkę, albo sobie coś wydłubywały, albo odcinały, podpalały, szarpały. Ślady krwi, gnijące resztki były wszędzie. Otoczenie sprawiało wrażenie otwartego ogromnego hangaru, w którym przeplatały  się miejsca do leżenia i siedzenia. Nie było osobnych pomieszczeń, a jak sięgnąć wzrokiem otwarta przestrzeń będąca własnością wszystkich.

– Proroku! Co tu się dzieje. – Wyszeptałam przerażona, bojąc się, że ktoś nas usłyszy.

– Jesteś w przybytku emocji i nieprzewidywalności. Obłędu, braku granic i z pewnością miejscu, gdzie nie ma nudy.

– Nie kpij proszę, bo na serio się boję. Co oni sobie i dlaczego robią. Czemu nikt nie wygląda normalnie a przede wszystkim kompletnie? Czy oni nas napadną, bo zaczynam się bać, że nie wrócę w tym stanie w jakim jestem.

– Nie. Nie bój się. Oni nas nie widzą. Gdyby było inaczej z pewnością zaraz zostałabyś ofiarą zbiorowego gwałtu, a potem pozbawiona jakiejś części, z  którą lepiej się nie rozstawać.

– Nie żartuj. Możemy wracać?

– OOooo.. Już chcesz wracać? Nie tak szybko moja droga. Poznaj świat, gdzie mieszkańcy zadecydowali, ze chcą żyć pełnią życia. Doświadczać jak najmocniej, jak najszybciej i jak najbardziej niesamowicie. Prześcigają się w pomysłach na przekraczanie niemożliwego, chociaż większość szybko umiera, bo każdego dnia chce być dalej i dalej bez końca. Mieliście takiego Morrisona. Dobrze pamiętam? – Mojego towarzysza znów nie opuszczał wisielczy humor.

– Błagam, nie zestawiaj Jimma z tym co tutaj się dzieje. To bardziej przypomina tani horror trzeciej klasy, który na filmwebie miałby max 2 gwiazdki.

– W tej rzeczywistości można wszystko. Z pewnością nie ma kar za samo i okaleczanie innych – bo jest to coś czego pragną mieszkańcy Madru – pod wpływem specyfików od których są świadomie uzależnieni. Tu nie ma podziałów na gatunki. Od wieków kopulują ze sobą wszyscy i wszędzie. Spójrz tam na tą grupę po lewej stronie. O tam, pod tymi roślinami przypominającymi wasze palmy.

Faktycznie pod ogromnymi roślinami z liściastym zakończeniem uprawiało dziki seks z kilkadziesiąt istot. Ludzkich, nieznanych i pomieszanych. Zachowywali się jakby byli naćpani i kompletnie pozbawieni hamulców. Orgia posplatanych ciał, jakiej z pewnością nie wymyśliłby Hefner w najczarniejszych snach po nieskutecznej viagrze.

–  Czy oni robią coś innego poza tym koszmarem? – ciężko było patrzeć na stan niektórych organizmów.

– Nie Chloe. Dawno temu podjęli decyzję, że chcą przeżyć swoje istnienie w najbardziej szalony, a w właściwie chory sposób. Ulepszyli specyfiki podobne do narkotyków na tyle, że nie czują takiego bólu jaki ty znasz. Właściwie ten ból daje im przyjemność i rządze dalszej destrukcji. Ich wytrzymałość na tego typu działania jest inna. Mogą to robić naprawdę do końca życia, no chyba, że poodcinają sobie to bez czego już nie da się ,,istnieć’’, ale raczej mają taki mechanizm samozachowawczy, który instynktownie im podpowiada, gdzie czeka śmierć. Zaprogramowali wielkie roboty do tego, aby dostarczały im tej substancji psychoaktywnej, oraz pożywienia. Niektóre samice rodzą dzieci. Te – jak zostało ustalone – przez radę Władców Madru – zostają zabrane przez roboty do Miasta Dzieci i tam wychowywane i przygotowywane do upustu nagromadzonych emocji przez 12 lat. Potem zaczynają dostawać eliksir i kiedy są gotowe, roboty wypuszczają je na zewnątrz do zabawy na śmierć i życie. Tu wszystko jest wspólne. Nikt nic nie chce posiadać, czy gromadzić. Jedynie istotne jest jak najmocniejsze odczuwanie tego, co uroi się w ich szalonych głowach. Ich przodkowie byli znudzeni ograniczeniami, spokojem, czy normalnością. Wy byście powiedzieli, że ,,świat stanął na głowie’’, ale im o to dokładnie chodziło. Jedyne co ma wypełnić ich życia to realizacja najbardziej wymyślnych fobii, dziwactw i chorych zachcianek. Nie podoba ci się tu? Nie chcesz spróbować jak to jest na maxa puścić wodze fantazji i móc wszystko bez żadnych konsekwencji?

–  Boże nie! Lubię czasem puścić wodze fantazji, ale planuję raczej do śmierci zostać kompletna i jakoś nie preferuję orgii, tym bardziej w takim towarzystwie. Wracajmy proszę.

– Maruda z ciebie Chloe. Tak nie fajnie na tej ziemi, a jak tylko ją opuszczasz nie możesz doczekać się powrotu. Zastanów się czego chcesz, może nie ma co przeklinać tego co masz? Dawaj dłonie i zamykaj oczy, a po powrocie na spokojnie się na tym zastanów.

– Dobrze. – Odpowiedziałam cicho robiąc wszystko żeby się nie poryczeć.

*

Po drugiej próbie odnalezienia swojego miejsca we wszechświecie miałam dosyć. Nuda nie dla mnie, totalna destrukcja też nie. Kolejne dni lipca były słoneczne i ciepłe. Zabierałam psa na długie spacery. Wieczorami na tarasie czytałam, delektując się czerwonym winem. Wróciłam do Artura Rimbaud. Po spotkaniu z Prorokiem Nieskończoności – ,,Sezon w piekle ‘’ nabrał innego znaczenia. Zaczęłam przyglądać się z większą uwaga ludziom i otoczeniu, które znam od zawsze. Czy było faktycznie aż tak źle.  Coraz częściej rozmyślania puentowało zdanie ,,Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma’’. Doskwierała mi samotność, ale czy nie tkwiłam w niej z własnego wyboru? Nie przypominam sobie, abym jakoś entuzjastycznie podchodziła do propozycji spotkań z kimkolwiek od dawna. Może to wszystko zależy ode mnie, a narzekanie i szukanie jedynie złych stron wszystkiego powodowało dokładnie taki odbiór.

Na nadchodzące urodziny zamówiłam przez siostrę mieszkającą w Anglii – niedostępne u nas albumy Gigera, którego uwielbiam od 20 lat. Przesyłka przyszła tydzień przed kolejną metrykalna cyfrą. Postanowiłam poświęcić na jego degustacje cały wieczór. Zaopatrzona w zacny brunatny trunek zasiadłam do studiowania dokładnie każdej ze stron. Mroczne kadry kreślone przez wizjonera zawsze robiły na mnie duże wrażenie. Czy on znał te miejsca, którymi dzielił się z światem w swoich pracach? Czy znał Proroka Nieskończoności? Czy spotkania z nim były inspiracją do dzieł, które fascynowały i przerażały jednocześnie. Na odpowiedz nie musiałam czekać długo, bo na trzecie spotkanie kapturzasty gość wybrał dokładnie ten dzień.

– Witaj Chloe. Widzę, że przeglądasz album mojego znajomego. Prorok stał za moimi plecami wpatrując się w otwarty album.

– Witaj. Czyli znałeś go. On tam z Tobą był? – spytałam cicho.

– Tak. Odbyliśmy kilka podróży. Podobnie jak ty prosił o spotkanie, ale zdecydował zostać na ziemi na zawsze.

– Czy istnieją lepsze światy?

– Nie wiem. Zależy. Nie tylko on malował to co mu pokazałem. Nie muszę ci chyba wymieniać artystów, których dobrze znasz zarówno z obrazów jak i literatury.

– A raj, istnieje coś takiego.

– Nie ma ani piekła ani raju, a to co ci się wydaje miejscem pozbawionym zła, czy krzywdy  istnieje tylko w bajkach dla bardzo małych dzieci, ale i one podchodzą do tego z rezerwą. – Chcesz jeszcze poznać inne wymiary, aby przekonać się co jest ,,gdzie indziej’’.

– Nie… chyba nie… Zostanę tu, bo coś mi mówi, że nie bez powodu kupiłam na kredyt obraz Beksińskiego – In hoc signo vinces. Powinnam zostać z nim na zawsze.

– Zatem nigdy więcej się nie zobaczymy. Wiesz o tym.

Wiem.

Postać bez pożegnania zniknęła, a ja do rana patrzyłam na biomechanoidy i landscapes stworzone przez Ojca Aliena.

*

pobrane