Szedłem krętą ścieżką bocznej drogi. Wybrałem się na spacer po kolejnym chujowym dniu, który pokazał mi bezsens trwania w matrixie – jaki tworzył luty 2018.
Wspominałem ostatnie szczęśliwe chwile. Zawsze mijały błyskawicznie. Były sekundami w nudnych dobach trwania. Słuchałem Strange Days Morrisona. Koleś wiedział na czym polega życie. Nic dziwnego, że nie trzymał sie go tak żałośnie i kurczowo jak ja. Już dawno minąłem magiczne 27 i pikowałem w dół porażki pod każdym względem. Cielesnym, intelektualnym, emocjonalnym… najgorsza była świadomość przegrania w każdej z dziedzin. Smutna świadomość. Dzwięki drugiej płyty Doorsów z 1967… brzmiały przyjemnie czysto w białych słuchawkach iphona 3. Miałem sentyment do tego modelu. Pamięć pozwalała na aktualizacje i posiadanie kilkudziesięciu ulubionych albumów, więc byliśmy nierozłączni od prawie 10 lat.

Zmrożone liście chrzęściły pod gumową podeszwą tenisówek. Nie wiem czemu zawsze na spacer zawsze wkładałem obuwie, w którym zamierzałem biegać. Zamiar unicestwiony lenistwem odradzał się ponowną chęcią ruchu po włożeniu miękkich. Stopa wyczuwała każdy kamyczek, nierówność, drewienko.
Szedłem powoli. Nigdzie mi sie nie spieszyło. Może była 2 może 4 w nocy. W lutowe noce nie wiadomo która jest godzina.

Zwróciłem uwagę na mijane wielkie orzechy bez orzechów. Bez liści nawet. Często spacerowałem tędy kiedy było jedno i drugie. Pod największym z  nich nastąpiła zmiana nagrania Freak Out! – Franka Zappy. Niby ten sam rejon czasowy, a całkiem inny świat. Multiinstrumentalista z wąsami ani nie pił, ani nie ćpał jak jego poprzednik. Można? Jak widać można, a  kolejne dokonania muzyka tylko to potwierdzały.  Pasja jaka drzemie w dzwiękach zawsze mnie przerażała. Człowiek pod jej wpływem jest w stanie dokonać szalonych rzeczy. I sam oszaleć. Zmysłowość , namiętność , emocje, najmroczniejsze demony w nas drzemiące – wszystko nagle tańczy zgodnie pod dyktando najbardziej wyszukanych nut. Słuchacz może się wtedy zatracić. Ja potrafię. Rzadko się to zdarza, ale jedynie muzyka wyzwala we mnie wolność. Chyba to jedyne co w sobie lubię… Opisywanie tego doskonale spuentował sam Zappa – Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury.

Było wyjątkowo ciemno. Księżyc od dawna schowany za chmurami utrudniał widzenie drogi, a jakoś podświadomie nie chciałem białymi podeszwami wdepnąć w gówno. Głupie, ale co zrobić na jakieś niewytłumaczalne fobie.

Szedłem zły na świat, na życie, na przeszłość, przyszłość, zdrowie, powietrze,  ostatnią okładkę wysokich obcasów i medal Stocha. Byłem zły na pis i nie na pis. Na niepogodę i pogodę. Nie czułem więzi z naturą, z ludzmi, z  myślami.  Z niczym. Czułem sie obcy pod każdym względem. Niezrozumiany i samotny. Od lat coraz bardziej. Im rosła moja świadomość nieintegralności z wieloma czynnikami tym wzrastała samotność, której  nigdy nie chciałem . Dawno temu uchodziłem za towarzysza spotkań imprez, debat, wybryków…, które od lat nie istniały.  Dla mnie nie istniały bo inni na instagramie byli na wielu w ciągu jednego wieczoru. Tym bardziej nienawidziłem swojego pojebanego życia, które miało wyglądać całkiem inaczej. Czemu więc tak wylądowałem… nie… na nocnych spacerach nie przerabiam tego zestawu pytań. One dręczą mnie o każdej innej porze poza celebracją wieczornych wyjść z geniuszami dzwiękow.

Pod stopami od kilku kroków czułem miękkie zmarznięte błoto.  Głos wokalisty brzmiał idealnie z gitarą prowadzącą, kiedy  nieoczekiwany cios w tył głowy ułożył pokracznie moje ciało w  gnijących zeszłorocznych liściach.

Chciałem instynktownie wstać i uciec ale nie byłem w  stanie sie ruszać. Jakieś dłonie obszukiwały mi kieszenie. Poza telefonem nie miałem nic. Kilka sekund później intruz zabrał mi muzykę z uszu. Poczułem uchwyt na stopach i szarpnięcie. Kolejne i kolejne. Moje ciało ciągnięte przez wątłą postać wylądowało pod jednym z orzechów w dole, który był obok wielkiego pnia. Złodziej mojej muzyki ułożył mnie w zagłębieniu i nakrywał połamanymi gałęziami leżącymi pod drzewem, które pośpiesznie na mnie gromadził. Odchodzące kroki zostawiły mnie na tym odludziu z roztrzaskaną głową pod warstwą mokrego drewna. Ciepła krew wypływała z rany i rozgrzewała na moment szyję bo w kilka sekund zastygała zimną stróżką. Oczy miałem otwarte. Przez prześwity  w kryjówce zauważyłem, że księżyc ciekawie mi sie przygląda. Nie tylko on. Drzewa mi sie ciekawie przyglądały i trawy i błoto, w którym zastygałem. I ptak siedzący na orzechu.  Niestety oczy zachodziły mi ciemną mgłą. Coraz ciemniejszą, aż  wszystko zniknęło…

Ocknąłem sie kiedy temperatura ciała spadla do 15 stopni, a puls zamilkł kilka godzin temu. Mimo niewidzących już oczu – widziałem wszystko jakby porami skory, tkankami, komórkami. Zaczęło świtać. Mgła unosiła się kilka centymetrów nad ziemią. Przykrywające mnie gałązki pokryte były szronem, ale ja nie czułem zimna. Nie czułem bólu. Właściwie było mi błogo, przyjemnie i lekko. Nie brakowało mi nawet muzyki bo wiele dzwięków wypełniało przestrzeń w harmonijnej zgodności. Drzewa, trawy, ziemia, wiatr –  było zgodną orkiestrą wygrywającą wspólnie coraz to nowe i nowe nuty. Całym sobą chłonąłem każdy detal tego nieznanego dotąd przedstawienia…

Cdn.

*

ZAKOŃCZENIE NR 1 🙂

Nagle z tej nirwany, którą tak polecał  Kurt Cobain wyrwała mnie jakaś siła. Nieznany wir pchał mnie szerokim tunelem z ogromną prędkością. Było coraz szybciej, coraz jaśniej… aż wszystko zniknęło.

*

Życie rozpocząłem wrzeszcząc jak opętany. Ciężko mi się oddychało i byłem strasznie zdezorientowany. Nic nie widziałem. Oślepiało mnie niesamowicie jasne światło. Oczy więc zaciskałem najmocniej jak potrafiłem, żeby zminimalizować jego wnikania w moje delikatne organy. Jakieś dłonie przewracały moje ciało z pleców na brzuch i odwrotnie. Potem, kiedy wisiałem głową w dół dotykał mnie przyjemny płyn. Mokre ciepło zmywało ze mnie jakieś dziwne mazie. Z tego wszystkiego chciało i się rzygać, ale nie wiedziałem jak to zrobić.

– Ma pani zdrowego, dużego syna! Prawie 4 kg, 54 cm i maksymalna ilość punktów! Zuch dziewczyna! Nie trzeba było tak panikować. – To były pierwsze zdania jakie usłyszałem. Potem zostałem opatulony po nos w mięciutką materię i wreszcie przestali mnie wywracać w tą i z powrotem.

– Czyściutki, zdrowy. Wszystko w porządku. – Tym razem usłyszałem kobiecy głos, który  mnie miło kołysał w przód i w tył. – Podać pani synka. Ma pani siłę go potrzymać.

– Tak. Proszę! Jestem taka szczęśliwa. Tyle miesięcy czekaliśmy na nasze maleństwo. Proszę położyć go obok mnie siostro. – Ten głos z kolei wydawał mi się jakoś instynktownie znajomy. Po chwili leżałem obok kobiety, która głaskała mnie delikatnie po głowie i buzi. To był bardzo przyjemny dotyk. Całkowicie przestałem beczeć, bo właściwie nie wiedziałem po co zdzierać gardło, kiedy wszystko jest w porządku.

– Moje kochane maleństwo. To ja twoja mamusia. Kocham cię mój słodziutki synku. – Szeptała kobieta nieustannie mnie miziając, ale było to bardzo miłe. Chciałem zobaczyć kim jest moja mamusia, mimo, że nie bardzo potrafiłem sobie wyobrazić co oznacza ten status, ale oczki dalej niewiele widziały, a ja nagle zrobiłem się takie zmęczony, że przytulany przez niezwykle troskliwe dłonie – zasnąłem…

Obudziłem się leżąc sam, bez żadnego przytulania w ciemnej Sali pełnej takich samych zawijasków po nos jak ja. Brzuch mnie bolał niemiłosiernie. Jakieś ssanie kazało mi natychmiast zawołać pomoc. Niestety z moich ust nie wydobywały się słowa jak u poznanych mi osób a kompletnie niezrozumiały bełkot co mocno mnie stresowało. Niestety nie było innej rady jak drzeć się na całe gardło. Po chwili obudziłem trzy inne zawiniątka, które jak się okazało głosowo mi wtórowały. Nie czekaliśmy długo na zapalenie światła i kilka osób pozabierało nas z pudełeczek, w  jakie nas powciskali.

Wszystko było takie mdłe i niewyraźne. Jak coś było bliżej to w miarę ogarniałem temat, ale nie było to jakieś szalone i cudowne, a jedynie kształty do rozpoznania w odcieniach szarości. No trudno. Jest jak jest, ale co z tym ssaniem, które mnie zaraz zamorduje??!

– Syn jest głodny. Nakarmimy go? Ma pani pokarm? – głos, który kładł mnie koło ,,mamusi’’ przyniósł mnie do łóżka, w którym zasnąłem wcześniej.

– Naturalnie! Czekałam na niego. Pomoże mi pani? – Co by nie mówić czułem jakąś dziwną więź z tą kobietą. Po chwili leżałem sobie wygodnie, a one raz jedna raz druga wsadzały mi do buzi kawałek mamusi, która zachęcała mnie głaszcząc po marnych włoskach.

– No jedz kochanie. Ssij i zaraz będziesz najedzony. No.. no malutki… – Ooo!! I wreszcie zakumałem, że nie ma co wrzeszczeć dalej tylko skupić się na przyjemnym miękkim i ciepłym fragmencie mamy, z którego wypływało przyjemne, słodkie, białe ,,coś’’ – co strasznie mi smakowało. Ssałem, ssałem i znów nastąpiła błoga nicość…

Na drugi dzień odwiedził nas ,,tatuś’’. Wszedł do pokoju. Miał jakieś mocno pachnące przedmioty w dłoni i chciał mnie wziąć na ręce. Mama kazała mu najpierw je umyć, a potem podała mnie delikatnie w jego dłonie. Kiedy mnie tak trzymał  nieudolnie w porównaniu z mamą coś mu się najwidoczniej przypomniało, bo oddał mnie mamie i sięgnął do przyniesionej torby.

– Mam coś dla ciebie Ewa. – Ewa to chyba moja mama, bo nie było poza nami w pokoju nikogo.

– Przyniosłem ci taki grający gadżet. Znalazłem go przedwczoraj w parku. Sprawdziłem co na nim jest i chyba muzyka ci się spodoba. Aż dziwne, że działa, bo leżał w błocie, a zimno było niemiłosiernie. Nie będzie ci tak nudno do czasu, aż wrócisz do domu. – Wyciągnął z torby malutki kwadracik z kabelkami i położył na szafce stojącej obok łóżka.

– Dobrze. Potem sprawdzę. W domu wszystko w porządku. W pracy? A czemu ty masz taki ubłocony rękaw kurki na miłość boską?? Przewróciłeś się czy jak, że taki upaprany przychodzisz do syna w odwiedziny? – Matka była najwyraźniej niezadowolona. – Wypierz to dzisiaj bo wstyd. – Skwitowała, po czym zajęła się mną i moimi małymi paluszkami u rąk.

 

Kolejne 3 dni minęły mi głównie na spaniu i jedzeniu. Było miło, ciepło i wygodnie, a jak zabrudziłem się to mnie szybko umyli i znów było cacy. Zacząłem pojmować, że mamusia to najważniejsza osoba, która mnie ,,urodziła’’ i jestem jej. No niech będzie . Całkiem szczęśliwy byłem kiedy byliśmy razem. Z dnia na dzień widziałem wyraźniej i dalej i wydawała mi się całkiem fajna. Czwartego dnia mieliśmy wreszcie pojechać do naszego domu. W kółko o tym mówiła, więc też czułem jakieś napięcie na to wydarzenie.

*

Tego dnia trafiliśmy w inne miejsce. To miał być mój dom i moja rodzina. Mama spędzała ze mną cały czas, kiedy nie spałem i nie jadłem. Tata wracał wieczorami, ale zawsze był uśmiechnięty i zadowolony. Rosłem sobie, miałem fajną rodzinę, a z czasem świat nabrał kolorów i było mi całkiem dobrze. Co jakiś czas wpadały jakieś ciocie i babcie. Dostawałem mnóstwo ciekawych rzeczy, a mama i tata uczuli mnie co z nimi robić.

Był czerwiec. Mama lubiła siedzieć ze mną na tarasie, kiedy byłem najedzony. Na drzewach z niezliczoną ilością zielonych liści bawiły się ptaki. Dziś kończyłem cztery miesiące. Po południu miała być mała impreza, ale przed nią mama chciała zabrać mnie na długi spacer na pobliskie łąki. Pachniało tam trawą i kwiatami, a na wielkich orzechowcach pojawiły się zielone kulki.

Mama ubrała mnie w bawełniane ubranko w simbą, spakowała herbatkę i pieluchy do wózka i wyruszyliśmy. Na spacery zabierała to muzyczne cacko, które bardzo polubiła. Mówiła tacie, że jest tam sporo muzyki z jej młodości i wielu wspomnień. Studiowała grę na wiolonczeli, no ale okazało się, że jest w ciąży i zrobiła sobie przerwę. Jechałem sobie wygodnie w mojej sportowej spacerówce patrząc na mijane drzewa i licząc chmury, kiedy mama zatrzymała pojazd potrząsając telefonem pod największym orzechem na łące.

– No co jest?? Przecież naładowałam baterię?? Czemu akurat postanowiłeś się wyłączyć na Strange Days. Eh, tak uwielbiam to nagranie. Zobacz Davidku, chyba popsuło się to niezniszczalne urządzenie. Wyświetlacz nie działa. Nie ma sensu tego naprawiać. Poproszę tatę o nowy model. Od kiedy się urodziłeś tatuś bardzo się zmienił. Jesteś dla niego całym światem…

…nasz kochany synku…