Siedział na szarym, poprzypalanym papierosami, ręcznie tkanym irańskim dywanie.

Kolejnymi skrętami robił nowe znaczki. Starał się stworzyć jakiś wzór, ale chyba tylko dla niego był on widoczny.

Sterta naczyń ze zlewu parowała intensywnym, nieprzyjemnym zapachem. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Co miało?

Był teraz tylko on i dywan. Kolejny ,,psssss” zaznaczył swoje miejsce. Dym wypełniał pomieszczenie od kilku dni. Grafitowy iphone 9s i, czy bez i – wygrywał organowe solo Manzarka z light my fire.

– Taaaaak??? Chrypliwy przepalony tytoniem głos musiał popić whiskey z brudnej szklanki, żeby kontynuować rozmowę. Nawet dwie owocówki tańczące w bursztynowej cieczy nie przeszkodziły w pociągnięciu dość głębokiego hausta płynu…

– Hmmm.. Khm khm… Taak?

– Dave!!!! Kurwa!!! Co się dzieje!!! Czemu nie ma ciebie od czterech dni w pracy??? Człowieku to jakaś masakra. Co się dzieje?? Ty wiesz ile nas to będzie kosztowało??!! Głos w słuchawce strzelał słowami, jakby szybkość ich wypowiadania miała uratować kolejnych uchodźców.

– Aaaa… To ty…  Nic się nie stało. Wyluzuj. Kosztowało…. A no tak. Poradzisz z tym sobie. Ja nie wracam. Rezygnuję.

– Co kurwa!!! Jak nic? Co nie wracasz?!! Pojebało cie???!

– Moment. Poczekaj bo wzór mi się nieco pokrzywił.

Mężczyzna zaciągnął się głęboko papierosem rozżarzając jego końcówkę i starał się wyrównać linie, które stały się najistotniejszą czynnością w jego nowym życiu.

Dave! Kurwa!!  Co jest?! – po drugiej stronie głoś krztusił się z emocji.

– Nic. Co ma być. Zrezygnowałem. Od dawna miałem wątpliwości. Były słuszne. Znikam.

– Znikasz? Ja pierdole! Dobrze cię pojebało! Gdzie znikasz? Z kim?!  Poznałeś jakieś dupy? Zajebiste obciąganko? Luz… Stary. Ja rozumiem. Można to jakoś wrzucić w grafik. W koszty. Tylko ustalmy plan działania, bo cała firma jest w niezłej rozpierdolce.

– Nie… Nie… Ja nie wracam. Sam jestem. Znaczy z dywanem, ale pewnie nie zrozumiesz…

– Z dywanem? Ja pierdole!! To jakiś jebany wyższy szyfr? Przyjechać do ciebie??! Co ty ćpasz bro?

– …A właśnie nic. Widzisz, o dziwo nic. Camele i tani jim beam. Ale jedno i drugie daje radę, a dywan jest kosmiczny. Alladynowy niemalże… Zawsze taki chciałem mieć…

– O kurwa! Grubo! To dopalacze??! Przyjechać i cię z tego wyciągnąć?

– Nie kurwa! Głos Dave’a stracił cierpliwość. – Nie rozumiesz?! Ja znikam! Rezygnuję. Chyba mam prawo decydować o sobie, czy masz inne zdanie!!? Ja już nic nie muszę! Skumaj… Aaa i nie dzwoń więcej – bo ładowarkę do tego apple syfu wyjebałem przez okno… Chyba wczoraj. Miałem nadzieję, że już jest rozładowany i więcej nie zadzwoni. Odebrałem instynktownie. Jebany zastały nawyk.

– Stary kurwa. Przerażasz mnie. Zadzwonię jutro. Ogarnij się jakoś,  a ja zrobię co trzeba, żeby nie wywrócić konia!

– Sram na to. Baj!

Mężczyzna wstał i włożył telefon do wypełnionego purpurową cieczą pojemnika. Spod ściany, gdzie stało w rzędzie dziewięć litrowych whiskey wziął jedną z nich i otworzył. Chwilę patrzył na zdenaciałe owocówki dryfujące w szklance po czym pociągnął kilka łyków z butelki.

Stał zadowolony nad dywanem. Patrzył na niego ze spokojem, delikatnie się uśmiechając. Dzieło było skończone. Wypalony na jedwabiu deseń przedstawiał przerażonego szczura uwięzionego w labiryncie bez wyjścia…

cigarette_out