Stałam na poboczu od trzech godzin. Lało niemiłosiernie. Szyby zaparowały powłoką, odgradzając mnie od świata, na który pomstuję, nieprzerwanie od lat. Błagam cię życie!!!! Pozbaw mnie nadziei!! Proszę spraw, żeby wreszcie dała mi spokój! Każ jej mnie zostawić na zawsze i nigdy więcej nie pozwól wracać! Ona mnie zabija – nie widzisz?! Mam umrzeć przed nią?? Tego właśnie chcesz? Będziesz dalej spokojnie patrzył, jak mnie zżera każdego dnia?? Nie rób mi już tego proszę. Nie chcę nic czuć, na nic czekać, w nic wierzyć. Nie chcę oszukiwać się i zwodzić. Nie chcę karmić się wiedząc, że nasycenia nie będzie. Życie, proszę… pozwól mi trwać bez niej… Wiesz, że jeśli mi teraz nie pomożesz, ona wygra. Tak wygra, bo wybiorę śmierć, której pragnę coraz mocniej, a to oznacza, że nadzieja umrze po mnie… Wyciągnij mnie z tej otchłani, uwolnij istnienie z jej władzy, która bezwzględnie niszczy mnie i dusi…

Nie wiem ile tam tkwiłam, ale szyby płakały razem ze mną, bardzo długo. Wróciłam do domu przemarznięta nad ranem. Miałam pustkę w głowie. Czułam dziwną, wewnętrzną lekkość. Szybko zasnęłam po spowiedzi, która odebrała siły, ale przegoniła myśli. Wraz ze mną wiele osób spało snem, którego brakowało od dawna. Wiele istnień doczekało się łaski losu, który wysłuchał błagania. Rozkazał nadziei zostawić nas w spokoju… na zawsze…

1.

Każdy mój dzień przypominał serial, w którym odgrywałam te same kwestie. Monotonnie, bez emocji, bez żadnych zmian. Rola polegała na czekaniu. Nie musiałam wiele robić, właściwie nic, poza niezbędnymi czynnościami. Czekałam, aż wróci. Mój mąż, ukochany, jedyny, najbliższy… Wyszedł… moment.. tak… to już 7 lat będzie… za 13 dni… Tyle go nie ma. Wszystko toczyło się jak najnormalniej. Dnie i noce wypełnione były wspólną obecnością. Milionem spraw, jakie łączą wieloletnich małżonków, którzy spletli swoje życia, myśli i dusze na zawsze…To sobie przysięgaliśmy. Miłość na zawsze, choćby świat stanął, nas nic nie zniszczy, nic nie zmieni uczyć i więzi. W śnieżną środę, po wieczornej kolacji, przy ogniu kominka – piliśmy grzane wino, śmiejąc się z żartów, jakie rozdawał widzom kabaret. Kiedy skończyli, nastała cisza. Przerwała ją błyskawica słów: ,,Lepiej będzie jak wyjdę’’. Nie pamiętam, co odpowiedziałam… za 10 min przy kominku siedziałam już sama. Od tamtej chwili gram w serialu i niezmiennie czekam. Te same rekwizyty. Identyczna aranżacja, stroje… W każdej chwili może stanąć w drzwiach. Musze być na to w perfekcyjnie przygotowana, dlatego pozornie jest to łatwa rola. W gruncie rzeczy to bardzo odpowiedzialne zadanie. Czekam zahibernowana od środowego wieczoru. Z letargu wybudzi mnie pukanie do drzwi, wtedy życie potoczy się dalej. Dokładnie takie samo, jakie było. Zwolni się pauza, która unieruchomiła mnie w dziwnym położeniu, 7 lat temu…

2.

Od kiedy pamiętam piła. Akceptowałem to, bo pokochałem tą wesołą, spontaniczną dziewczynę od pierwszego wejrzenia. Magnetycznie piękna, uwodzicielsko błyskotliwa. Kiedy zostaliśmy parą byłem najszczęśliwszym życiem na ziemi. Lubiła stan upojenia, który przez lata mi nie przeszkadzał. Akceptowałem jej wiele fanaberii, to, że tak jest dobrze – też. Uśpiony zapewnieniami, że nad wszystkim panuje – otrząsnąłem się z złudnej normalności, o wiele za późno. Na nic były moje błagania i jej przysięgi. Ostatnie 15 lat, to czas powolnego umierania, każdej dobrej rzeczy, jaką mieliśmy. Straciliśmy porozumienie, miłość, wspólne pasje. Opuściły nas dzieci, które miały dość tłumaczeń bez pokrycia i deklaracji rzucanych na wiatr. Nie mogły znieść widoku, coraz większego upodlenia, w jakie popadała kiedyś piękna i wesoła kobieta. Stała się swoją karykaturą. Działo się to, co miało nigdy nie nastąpić. Nie pamiętam, co to szacunek do samego siebie. Nie wiem już jak to jest, kiedy ludzi łączy coś, poza lżeniem i pretensjami. Stałem za nią wiedząc, że wierzę w niemożliwe. Przychodziłem na każde skinienie, kiedy tylko zawołała. Pozwoliłem się upokorzyć, zdeptać, zeszmacić. Zgodziłem się na patologię, zdrady, kłamstwa. Wierzyłem w jej przeprosiny i łzy, kiedy klęczała obejmując mnie za nogi i zaklinała na własne życie, że się uda… Udało się… Sprawiła, że pewnego dnia, stojąc nad przepaścią, zamiast skoczyć – przestałem czuć. Wróciłem bez duszy. Jestem teraz obok. Nic mnie nie obchodzi. Nie bolą mnie jej stany i zachowania. Jestem obojętny, zimny, ale spokojny. Już nie mam nadziei, nie wierzę w nic…

3.

Żyliśmy w stanie niemożliwego napięcia za długo. Zostaliśmy młodymi, szczęśliwymi rodzicami, którzy nie pragnęli nic poza wspólnym spełnieniem. Wypełnieni marzeniami, miłością, troską i wielkim oddaniem, szliśmy przez życie wdzięczni losowi za każdy dzień. Wszystko zmieniło się w chwili, kiedy nasz mały skarb zachorował. Cały świat zawęził się do szpitalnego pokoju, z którego nie potrafiliśmy wyjść. Przestało liczyć się cokolwiek. Nawet przyjaciele, stali się dziwnie przezroczyści. Mieliśmy zadanie do wykonania i stanęliśmy do walki, w której nie mogło być przegranych. Chcieliśmy zawrócić czas, zmienić świat, przenieść góry! Obojętnie!!! Nie było innych tematów rozmów. Do domu, wracaliśmy tylko na rutynowe potrzebności. Moja żona stała się kimś w rodzaju lekarki, siostry… pomocy do celu. Przestaliśmy widzieć swoją płeć. Nie było potrzeby wspólnej relacji. Szliśmy ramię w ramię w walce, która przerodziła się w wielopokoleniową wojnę.  Staliśmy się ekspertami w wyborze kolejnych broni – potrzebnych do nowych bitew. Ciągle krok od wygranej, ale ciągle o krok z tyłu… Pory roku, przesuwały lata. Zapomnieliśmy żyć…

Lekarze od dawna starali się nam coś wytłumaczyć. Pewne zwroty były niezrozumiałe. Pewne słowa niesłyszalne. Miałem swoje wizje. Tylko te były słuszne. Oprzytomniałem, kiedy żona zginęła w wypadku wracając ze szpitala. Wjechała pod ciężarówkę. Zagapiła się?? Była zmęczona? Awaria auta?? Zrobiła to celowo?? Nie wiem, sprawa jest jeszcze niewyjaśniona. Od kilku dni walczę z sobą. Zastanawiam się, w co wierzę. Myślę o słuszności nadziei, która odebrała mi to, co mogłem uratować. Zaczynam patrzeć na pewne rzeczy z innej perspektywy. Czy aby nie pozwoliłem na za wiele śmierci, zamiast ratować życie…

*

,,Nadzieja umiera ostatnia’’ – w wielu przypadkach tak. Czy to właściwe dawać się jej trawić, kiedy nie powinna istnieć?? Czy to słuszne odbierać sobie – siebie, wizją poprawy, czy zmian, które są niemożliwe?? Gdyby nie nadzieja, świat byłby inny – zgoda. Nie dokonałoby się mnóstwo przełomowych zdarzeń, nie przekroczylibyśmy wielu granic. Nie poznalibyśmy ludzkiej natury, możliwości, siły… Są jednak sytuacje, kiedy nie powinniśmy dać się jej zabić. Bywają przypadki, gdzie jej istnienie jest złe… Pewnie bardzo rzadko, ale jak wtedy postąpić?? Słusznym będzie dać się jej pokonać??…

…czy zabić Nadzieję – ratując siebie???…

67389_10151296635751556_1091878251_n