Czułam się coraz gorzej. Ostatnie dni czerwca były ciepłe i słoneczne, mimo to wstrząsały mną dreszcze, a rozpalone czoło wskazywało na rosnącą gorączkę.

– Jadę na pogotowie – powiedziałam sama sobie, po tym jak kolejna dolegliwość – nieprzyjemne kłucie w klatce piersiowej – dekoncentrowała myślenie.

Gmach pogotowia połączony był z ekskluzywnym hotelem – co było dość nietypowym połączeniem. Wchodząc do holu zastanawiałam się, czy goście zamawiający tu noclegi za pewnie niemałe sumy – nie obawiają się kontaktu z chorymi, którzy mimo wszystko stacjonowali nieopodal. Izba przyjęć była pełna a to zapowiadało wiele godzin czekania. Spytałam kto jest ostatni i stanęłam pod ścianą przy drzwiach wejściowych, bo tylko tam był kawałek wolnej podłogi, którą mogłam zająć. Wszystkie miejsca siedzące były zajęte. To samo z sześcioma łóżkami ustawionymi pod przeciwległą ścianą. Zaczęłam obserwować pozostałych kolejkowiczów. Nie były to ofiary wypadków. Nikt nie przybył z zamiarem zszycia jakiejś rany, czy w celu unieruchomienia gipsem kończymy. Wszyscy wyglądali podobnie. Bladzi, spoceni, słabi – co jakiś czas wstrząsani bezwarunkowymi drgawkami. Niektórzy z przekrwionymi oczami i siniejącymi ustami – kładli się na brudnym linoleum podłogi – nie mogąc dłużej stać, czy nawet siedzieć.

– Przepraszam to jakaś epidemia? – Spytałam przechodzącej starszej pani w białym fartuchu i słuchawkami lekarskimi zawieszonymi na szyi.

– Nie wiemy jeszcze. Robimy badania, ale jest Państwa tak dużo, że trzeba czekać na wyniki i diagnozę. Odpowiedziała po czym oddaliła się szybko stukając znoszonymi chodakami.

Sama nie czułam się najlepiej, a wizja spędzenia tutaj niewiadomej ilości czasu nie pocieszała. Podeszłam do drzwi, w których znikali chorzy. W ogromnej sali było chyba z 40 łóżek poodgradzanych od siebie parawanami. Między nimi kilku lekarzy nerwowo wykonywało swoje czynności. Jedni coś zapisywali w kartach pacjentów. Inni instruowali pielęgniarki – zlecając do wykonania badania, kroplówki i podstawowe pomiary ciała. Na jednej z leżanek blisko wejścia dostrzegłam kolegę z nieistniejącej już przeszłości. Nie wyglądał za dobrze. Trupio bladą twarz wykrzywiał grymas bólu. Co kilkanaście sekund drgawki uniemożliwiały mu kontakt z lekarzem.

– Przepraszam, To mój znajomy. Co mu jest? Spytałam wchodząc do sali.

– To jakiś dziwna bakteria. Nie reaguje kompletnie na podawane leki – doktor mówił to patrząc w wyniki badań – bezradnie starając się zadziałać antybiotykami. A teraz Pani kolej, że weszła Pani do sali? – spojrzał na mnie ze złością, jakbym była winna zamieszaniu, które opanowało szpital.

– Nie. Czekam w kolejne, ale… Nie dokończyłam bo medyk szczeknął krótkie ,,wyjść”, z  którym nie dało się dyskutować.

Nie wiem jak minęło kilka kolejnych godzin oczekiwania. Chorych przybywało. Tym co już dotarli na izbie przyjęć podawano już jakieś leki, które niestety nikomu nie pomagały. Sama czułam się coraz słabiej. Dreszcze i ucisk w klatce piersiowej – nasilały się. Już wchodziłam jako kolejny pacjent chcąc położyć się na zwolnionym przez kogoś łóżku – kiedy pielęgniarka podchodząc do mnie powiedziała – ,,chwilę Pani jeszcze poczeka przy drzwiach. Zaraz Panią poproszę”.

Stałam blisko drzwi przez które co chwila przechodzili lekarze, rodziny chorych, czy niecierpliwi pacjenci – chcący wreszcie zostać przyjęci.

Nagle do sali wbiegł jakiś mężczyzna. Początkowo nikt na niego nie zwrócił uwagi, ale kiedy zaczął na otaczające go osoby oddawać mocz – wszyscy zwrócili na niego uwagę. Trzymał penisa w ręce i wrzeszcząc, że świat i tak zginie, że nie ma ratunku, a on jest wybawicielem – sikał na kogo i na co popadnie. Ludzie byli zdezorientowani. Nikt nie reagował. Nikt go nie powstrzymał. Charakterystyczny zapach moczu wypełnił salę. Musiałam cofnąć się w głąb pomieszczenia, żeby nie mieć kontaktu z żółtą cieczą. Wrzeszcząc podbiegł do szklanej witryny, zbił szkło odgradzające go od ostrych szpikulców i chwycił w dłoń jeden z nich. Zaczął dźgać się nim po ciele rozbryzgując tym razem krew po oniemiałych ludziach. Między izbą przyjęć a pozostałymi salami szpitala był korytarz, w którym byli pacjenci na łóżkach – czekający na zabranie na oddział. Wbiegł tam, błyskawicznie zatrzasnął na wielki zawias drzwi i krzycząc, że nie ma ratunku i koniec z tym bzdurnym leczeniem bez sensu – kaleczył siebie i nieprzytomnych chorych, w jakimś nieokreślonym, wściekłym szale. W szpitalu zapanował chaos. Wybiegłam z sali. Przedzierałam się przez izbę, aby dotrzeć jak najszybciej do holu, bo pamiętałam, że na recepcji miedzy szpitalem, a hotelem znajduje się pomieszczenie z ochroną. Kiedy do niego dobiegłam – była zamknięta.

– Kurwa. Jak są potrzebni to nigdy ich nie ma.
Wybiegłam na zewnątrz krzycząc – Ochrona!!! Ochrona!!!!

Nie pamiętam jak ich znalazłam, ale kazali mi wsiadać z sobą do pojazdu. Powiedzieli, że już wiedzą o desperacie i że do miejsca, w którym teraz jest trzeba dostać się inną drogą. Auto nie było znanym mi autem. Kiedy wsiadłam poderwało się z ziemi i wystrzeliło z oszałamiającą prędkością. Zaczęłam krzyczeć, że nie chce zginąć w wypadku, żeby się zatrzymali bo się zaraz rozbijemy, ale nikt mnie nie słuchał. Najpierw lecieliśmy w stronę szpitala, potem minęliśmy murowaną bramę i nagle wdarliśmy się w korytarz budynku. W korytarzu było dużo chorych. Wszyscy zmierzali w jednym kierunku. Nagle pojazd się zatrzymał i kazali mi wysiadać. Byłam zszokowana. Stałam w korytarzu pełnym przerażających istot, bo większość nie przypominała już ludzi. Szli, pełzali, czy ciągnęli siebie na wzajem – jakby znali wyjście  z tego koszmaru. Trędowate ciała wydawały z siebie nieopisany smród. Brzydziłam się patrzeć na mijające postacie. Nie mogłam pojąć co się dzieje i co ja tu robię. To sen?? Od dziecka bałam się horrorów. Szczególnie takich ze zjawami, duchami, czy nierealnymi historiami. Starałam sobie przypomnieć cokolwiek, chociaż gorączka uniemożliwiała sprawne i logiczne myślenie. To film!! Tak. Miałam nie oglądać tego horroru, ale Oscar uparł się, żebym go zobaczyła. Zostawił mi go zanim wyjechał. Pewnie teraz trwa a mnie strach wpędził w jakieś szaleńcze zakamarki podświadomości. Potrzebuję pilota, żeby go wyłączyć. To proste! Tylko nie mam go z sobą. Nie mam go w ręce… Chyba zostawiłam go na izbie przyjęć…

– Czemu stoisz!? Pospiesz się! – za rękę szarpał mnie bezzębny, brudny starzec, który przypominał mi bezdomnego z osiedla.

– Co się dzieje?! Gdzie my jesteśmy. Pytałam przerażona. To sen? film? Gdzie idą wszyscy?

– Od kilku dni świat niszczy śmiertelna bakteria. Ona zrównała bogatych i biednych. Mądrych i głupich. Stanęła ponad religiami, podziałami, państwami. Jesteśmy niczym, jedynie gnijącym ścierwem, które śmierdzi i zdycha. Podobno są miejsca, gdzie można uwolnić się od znikającej fizyczności. To, do którego idziemy znajduje się za tymi korytarzami i salami szpitala. Jeśli zdołasz tam dotrzeć zanim strawi cię choroba, będziesz mogła istnieć w wirtualnej przestrzeni, w której będziesz się już unosić na zawsze. To jakiś inny, niematerialny wymiar świata, w którym nic nie ma znaczenia poza trwaniem.

– To jakaś bzdura! Czemu nikt nas nie ratuje?! Gdzie są lekarze? pytałam idąc za starcem, który mimo wieku narzucił dość szybkie tempo marszu.

– Po kilku godzinach bakteria zaczęła trawić i lekarzy i pielęgniarki i służby porządkowe i wszystkich. Nastąpił chaos. Co jakiś czas w niektórych miejscach pojawiali się szaleńcy mówiący o wybawieniu i miejscach istnienia wolności. Początkowo się ich zabijało. Z godziny na godzinę nie miał już kto tego robić. Coraz dotkliwiej okaleczeni ludzie zaczęli szukając ratunku w czymkolwiek. Patrz kto nas mija? To już zombie bez członków, które pcha jedynie agonia i ostatki adrenaliny. Większość nie zdąży, ale może nam się uda.

Szliśmy jakiś czas, ale nie długo. Właściwie nie wiem ile. Im bliżej byliśmy celu tym większe sterty padliny wypełniały korytarz. W pewnym momencie korytarz stał się końcem przepaści.  Nie było horyzontu ani góry, ani dołu, ani dali. Tak jakby otaczała nas kosmiczna przestrzeń pozbawiona grawitacji. Trzeba było w nią skoczyć, aby unosić się z innymi. Członki nie były do tego potrzebne. Ciało sterowało się myślami, wiec ci którzy byli ich pozbawieni wreszcie mogli poruszać się bez bólu i cierpienia. Zawieszenie w tym świetlistym granacie uwalniało istoty od cielesności, ale i dotychczas znanym pragnieniom, czy ograniczeniom. Koniec, początek – nic nie miało znaczenia. Znikał czas, poczucie winy, zobowiązania. Ludzie skakali w przestrzeń i unosili się szybując w niej jak bohaterowie z bajek Disney ‚a.

Skacz! Powiedział dziadek, który już ledwo trzymał się na nogach. Uwolnij się zanim zdechniesz na to, co już dawno powinno nas dotknąć. Zbyt byliśmy pyszni i egoistyczni aby dalej trwać! Nie czekał na mnie rzucając się w nicość.

Stałam jeszcze z 5 sekund po czym wyciągnęłam w bok ręce jakbym chciała skoczyć na bungie. Nie spadłam tradycyjnie w dół, a uniosłam się w górę jakbym dostała prąd wiatru w skrzydło glighta. Poczułam ulgę. Dziwną przyjemność w unoszeniu się. Gorączka, słabość, duszności, zmęczenie, głód – wszystko zniknęło. Nic nie miało znaczenia. Mijane mnie postacie odczuwały chyba podobnie. Jakby dostąpili nieznanej łaski. Bawiłam się trochę brakiem grawitacji i nieznana lekkością – zapominając o wszystkim. O tym co było na izbie i potem w korytarzu. O tym co się dzieje i czy to film, który skończy się w momencie zgaszenia telewizora. Poczułam smutek, że jestem tu mimo wszystko sama. Przestrzeń była nieograniczona więc dla każdego było w niej aż za dużo miejsca. Pomyślałam o bliskich, a jeśli oni są w korytarzu?? Może potrzebują mojej pomocy? Przypomniały mi się słowa starca, że ta przestrzeń miała mnie uwolnić i wyzwolić od wszystkiego, a jednak mi się nie udało…

– Musisz wrócić! – To była jedyna myśl jaka dręczyła moje istnienie.

Wiedziałam gdzie znajduje się przepaść będąca końcem korytarza. Siłą umysły skierowałam tam swoje ciało. Kiedy dotknęłam stopami gruntu – w tym samym momencie ból głowy zaczął rozsadzać mi czaszkę, a kłucie w płucach odbierało oddech. Czułam się potwornie słaba. Nie byłam w stanie iść bez podpierania się o ściany. Pod nimi jednak leżały sterty ciał. Smród mdlił. Na moim ciele pojawiły się jakieś ropne plamy, z których zaczęło wypływać osocze z krwią. Palce drętwiały. Drgawki co jakiś czas kazały mi leżeć. Po jakimś czasie zaczęłam się czołgać, ale zdziwiło mnie to, że nie tylko ja zmierzam w odwrotnym kierunku. Niektórzy byli w lepszym stanie ode mnie i mijali mnie pchając na nieżywe sterty. Więc jednak ta wolność to też nieistniejąca iluzja. Człowieka nic nie zadowoli. Nie ma dla nas ratunku… Jeszcze jak błyskawica wrócił pomysł wyłączenia pilota..

To była moja ostatnia myśl. Nie miałam obu dłoni, kiedy przestałam oddychać…

xueguo_yang_16

pobrane