Od dziecka miałam tak, że godzinna msza dłużyła mi się w nieskończoność. Nie mogłam pojąć dlaczego w tym przybytku wiary jest mi zawsze dziwnie zimno i nieswojo. Przeważnie nie potrafiłam zrozumieć słów jakie padały z ołtarza i czekałam jak na zbawienie na koniec tego dziwnego obrządku. Przestałam chodzić na te fanatyczne spotkania jeszcze w liceum- po tym jak pijany proboszcz grzmiał o potrzebach finansowych parafii, na której podjeździe pasły się wypucowane merole. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to mercedesy, bo po ulicach pomykały co najwyżej polonezy caro – co było już wyznacznikiem wysokiego statusu jego właścicieli. Pomimo starań w zrozumieniu kazań, jakie wygłaszali posłańcy stwórcy – udawało mi się jedynie wyłapać fragmenty o nieuchronnym końcu bez pomocy boga i kościoła.  O tym wreszcie, że są to jedynie sekciarskie szopki największych grzeszników – utwierdziły mnie kolejne lata i wiele spotkań z coraz to wymyślniej kamuflującymi prawdę barankami bożymi. Do świątyni potulne owieczki udawały się po rozgrzeszenie – sprytnie wymyślone, aby resetować haniebne dokonania. Raz na kilka lat sprawdzam czy nic się nie zmieniło i poświęcam godzinę na obserwowanie innej rzeczywistości. Krainy, która zdecydowanie… nie zmieniała się na lepsze…

Święty Razio

Do ojczyzny z  amerykańskich wojaży Razio wrócił na obronę dyplomu, której dłużej odkładać się nie dało. Miał tylko zakończyć pomyślnie ekonomiczną edukację i wrócić do rajskiej krainy, w której nawet słońce świeci jaśniej i złociściej. Zoe poznał przy okazji jakiegoś klubowego wyjścia do miasta. Z czasem okazało się, że jest w trakcie rozwodu i ma dzieci. Zupełnie mu to nie przeszkadzało, tym bardziej, że kobieta była atrakcyjna i interesująca. Na tyle uległ fascynacji, że postanowił nie wracać do ukochanego USA. Wiedział, że dla Zoe bycie z nim to były życiowe decyzje. Przekonywał ją jednak o swojej miłości na zawsze i przysięgał na wszystko jak będzie ją kochał, wspierał i nigdy nie zawiedzie. Miał świadomość, że dla kobiety to była trudna sytuacja. Dzieliła się z nim swoimi wątpliwościami – jednak doskonale wiedział co mówić, aby roztopić jej nieufność i osiągnąć cel – jaki sobie wyznaczył, aby ją zdobyć. Znając jej przeszłość i pragnienia łatwo grał uczuciami – kłamiąc i oszukując bez żadnych skrupułów. Po 2 latach Zoe dała się przekonać, że wspólnie stworzą rodzinę o jakiej marzyła i zmienia swoje życie ostatni raz, mimo ostrzeżeń najbliższych. Decyzja o wspólnym zamieszkaniu była najgorszym koszmarem, jakiego  by się nigdy nie spodziewała…

Razio często wspominał o amerykańskim śnie i zachwytem jaki w nim wzbudzał. Wiedział, że kobieta nie wyjedzie z nim do miejsc, za którymi tęsknił. Mimo, iż wielokrotnie o tym rozmawiali wmawiał jej, że nie ma racji i nie myśli o powrocie do stanów. Kiedy zamieszkali razem chłopak szybko nabrał pewności, że długo nie zostanie w kraju. Dzieląc razem dni i noce ciężko było już kłamać bez konsekwencji. Zoe chciała innej prawdy, jednak nie mogła nie widzieć dzwoniącego po nocach telefonu i sms – ów czy wpadnie na imprezę. Nie potrafiła się uśmiechać wiedząc, że prawie wszystkie obietnice były składane bez pokrycia, ani wierzyć, że musi leczyć się na chlamydia, których nabawił się jej partner w szatni po treningu w kolegami. Nie rozumiała celu bezsensownych deklaracji, o które nie prosiła. Tym bardziej, że Razio podkreślał jak ważny w życiu jest honor, prawda i jak istotne dla człowieka jest pokładanie nadziei i sił w Bogu. Namawiał Zoe do wspólnych wizyt w kościele, do spowiedzi, która dawała oczyszczenie i do słuchania Radia Maryja, która miała być jedynym prawdziwym medium informacji. Kibicowanie Pis, uwielbienie Kaczyńskim, miłość do Jezusa, niedzielne msze – przeplatały się z całonocnymi zniknięciami, kłamstwami, zdradami i budowaniem za plecami planu B. Zoe czuła, że dłużej tego nie wytrzyma. Miała już pewność, że poza kłamstwem nie usłyszy nic więcej, a mężczyzna, któremu zaufała był pomyłką. Nie chcąc kolejnych awantur – powiedziała, że będzie lepiej jak odejdzie z jej życia. Za miesiąc był już na hawajach. Wszystko miał od dawna przygotowane do ewakuacji. Nie oglądając się na nic odfrunął na ciepłe plaże pełne Latynosek… dla, których wiara w Boga to podstawa…

 

Ofiarny  Andrzej

W domu Andrzeja panował zawsze idealny porządek i cisza. Sterylne pomieszczenia wypełniały gustowne dodatki, a żona każdego popołudnia czekała na niego z ulubionym daniem. Sąsiedzi nigdy nie słyszeli z ich apartamentu żadnych głosów. Jakby małżonkowie nawet ze sobą rozmawiali szeptem. Minimum 55 razy w roku szli na pieszo do pobliskiego kościoła, trzymając się pod rękę. Andrzej był znany ze swojej hojności w datkach na świątynie i  w wspieranie licznych działalności charytatywnych. Zawsze poważny, profesjonalny, dystyngowany. Oddany rodzinie, pracy, ideałom. Uchodził za autorytet, który podziwiali pracownicy i sąsiedzi. Odpowiedzialny, rzeczowy, punktualny…

Małżonkowie przeżyli ze sobą wiele lat. Nie mieli dzieci. Zaraz po studiach Andrzej założył firmę, której oddawał każdą wolną chwilę. Kobieta poświęciła się prowadzeniu domu – całkowicie podporządkowując się partnerowi. Marzyła o dzieciach. Radości, śmiechu, życiu, jakie wprowadzały swoją obecnością. Andrzej nie chciał ,,psuć’’ tego, co osiągnęli. Nie wyobrażał sobie nieładu, czy hałasów. Kiedy Maria zachodziła w ciążę – zostawiał jej pieniądze na stole i kazał pozbyć się problemu jak najszybciej. Po kolejnej aborcji – kobieta zachorowała. Konieczna była operacja i usunięcie jajników. Andrzej skomentował to tylko jednym zdaniem:

– przynajmniej z tego kłopotu mnie zwolniłaś.

Z biegiem lat sytuacja w pracy była na tyle komfortowa, że stać ich było na wszystko, jednak Andrzeja nie cieszyło nic. Pił coraz więcej, a kiedy procenty szybciej krążyły w krwioobiegu stawał się agresywny. Maria schodziła mu z drogi. Rzadko rozmawiali, ale kiedy widziała w jego oczach alkohol – chowała się w sypialni. Wiedziała co nastąpi – kiedy i on tam przyjdzie. Po takich wieczorach – kilka dni nie wychodziła z domu a idąc w niedziele do kościoła w pochmurny dzień skrywała oczy za słonecznymi okularami. Mogła tylko dziękować bogu, że nie będzie musiała iść na kolejny zabieg… Siedząc obok Andrzeja w kościelnej ławce, czuła na nich wzrok podziwu i szacunku. Modliła się wtedy, żeby kolejny wieczór, kiedy mąż będzie miał ochotę na seks i przemoc zadzwonił do ulubionego, dyskretnego burdelu, w którym od lat hojnie obdarowywał swoje wybranki. Pieniądze zamykały usta niezadowolonym alfonsom, kiedy pracownice nie były w stanie po wizycie Andrzeja przyjmować innych gości. Niezręczne były tylko spotkania w świątyni z właścicielami przybytku uciech, czy którąś z pracownic… ale w te dni wydłużała się kolejka do konfesjonału…

*

Kiedy 24 lata temu Sinead O’connor  podarła zdjęcie papieża byłam nastolatką. Nie miałam pojęcia co wtedy manifestowała irlandzka wokalistka. Słuchając setny raz Nothing Compares to You nie przypuszczałam, że poznam rozmiar pedofilii, jakiej dopuszczali się duchowni na całym świecie. Moja babcia umierała w przekonaniu, że świat jest dobry, a ksiądz w kościele jest wysłannikiem Boga, którego ona do ostatnich dni wspiera składaną na tace ofiarą. Sinead w 1992 na znak protestu podarła wizerunek Wojtyły, który był przeciwny antykoncepcji i aborcji – jednocześnie tuszując masowe wybryki księży. Po 24 latach kobiety na znak protestu tłumnie wzięły udział w czarnym marszu, aby nie dać sobie odebrać człowieczeństwa. Prawa do decyzji, do prawdy, do świadomości – jakiej nie ma w murach wypełnionych Barankami Bożymi…

14045981_1239730896076924_296604708395065439_n