Świat każe im żyć. Władcy prawa – mówią o zasadach i moralności. Szowiniści, czy okutani w sutanny oratorzy – prawią kazania o tym, o czym nigdy nie będą mieć pojęcia. O politykach nie wspomnę, bo doskonale określił ludzi wzajemnie się w niej depczących Piłsudski: ,,do polityki garną się ludzie, którzy nic nie osiągnęli a wiec nieudacznicy i darmozjady…’’. Niestety to właśnie zakompleksieni frustraci i zakłamane tchórze, mogący własnymi grzechami handlować piekłem – decydują o takich wartościach, jak prawo do życia istnień skazanych tylko na cierpienie. Świat każe im żyć mimo tego, że nie zaznają zdrowia, szczęścia, miłości, ani godności nawet przez chwilę – na drodze krzyżowej, która dla nich nie ma końca…
*
Mam 12 lat. Moja mama miała dokładnie tyle samo jak mnie urodziła. Pozbyła się mnie ze swojego zbrukanego, delikatnego ciała – po 8 miesiącach i 3 dniach od gwałtu, którego była przypadkową ofiarą. Dwaj starsi, pijani koledzy z klasy nie ponieśli nigdy kary za odebranie jej dzieciństwa, kobiecości i godności. Moja mama, jej cała rodzina i właściwie wszyscy, których znam – nienawidzą mnie od tych pierwszych chwil, kiedy było pewne, że nie można się mnie pozbyć. Nie wolno było pomóc mojej matce w cierpieniu i hańbie i nie pozwolić mi istnieć. Każdego dnia kazali jej pamiętać o wstydzie i nienawiści, jaki ją trawi i coraz dotkliwiej spala. Kiedy na mnie patrzy widzę w jej oczach odrazę, wstręt, wrogość. Wiem, że nigdy mnie nie przytuli, nie powie nic miłego… nie pokocha… Nic dziwnego. Nawet nie mogę mieć o to do niej pretensji. Wiem jak cierpi i jak potwornie została skrzywdzona. Tym bardziej nie chcę żyć – wiedząc, że to się nigdy nie zmieni. Mam świadomość, że jestem niechcianym bachorem, który skazał niewinne dziecko na dozgonny koszmar. Zresztą nie tylko ją. Wytykają mnie palcami od zawsze. Nie ma dnia, żebym nie słyszała o okolicznościach mojego poczęcia. Nie ma chwili, żebym zapomniała o gehennie, na jaką nie mam wpływu. Patrzą na nas wszędzie jak na zwyrodnialców. Trędowate stwory, które są niegodne, aby żyć jak inni. Czuję się jak najgorsza zaraza, będąca przestrogą dla innych. Czymś, na co nigdy nie spojrzy się bez potępienia i pogardy. Inne dzieci nie mogą się ze mną bawić. Na podwórku mam wyznaczone miejsce. Nawet nauczyciele w szkole kiwają głowami z tym wymownym uśmiechem świadczącym o przyzwoleniu na lżenie mnie i opluwanie przez innych. Jestem tylko imprezową spermą, która znalazła się w mojej matce dla zabawy. Jestem żartem boga, który ukarał nie tych co trzeba, ale chyba w jego sprawiedliwość mało kto wierzy… Chciałabym uwolnić matkę od cierpienia. Chciałabym jej dać radość, wolność – wszystko to co zostało jej odebrane w dniu, w którym myślała, że jest lubianą nastolatką… Gdybym mogła zniknąć i sprawić, żeby mama nie musiała mnie mieć – nie miałabym żadnych wątpliwości…

*
Mam 12 lat. Moja mama o tym, w jakim stanie się urodzę – dowiedziała się w momencie, kiedy można było jeszcze przerwać ten koszmar. Można było uniknąć potwornego bólu i krzywdy – na jaką skazali mnie ludzie, którzy o cierpieniu takich jak ja – nigdy nie będą mieli pojęcia. Miałem żyć – bo tak kazał jakiś hipokryta, który za pieniądze sprzedałby dziewictwo własnej córki. Miałem żyć, żeby oni mogli spać spokojnie w poczuciu wypełnionego obowiązku, którego konsekwencji nigdy nie poznają, nie poczują, nie zobaczą… Moim 12 letnim ciałem od pierwszego oddechu, który był zrodzeniem wiecznego bólu – władają maszyny, leki, plastikowe elementy powkładane w przeróżne miejsca zdeformowanego ciała. Moje 12 letni organizm – traktuje się jak coś co trzeba napełnić w najrozmaitszy sposób, żeby potem z obrzydzeniem opróżnić, jak śmierdzącą klatkę po gryzoniach, która swoim smrodem i odchodami zatruwa ten wspaniały, dobry i miły świat. Moje 12 letnie ciało wrzeszczy o śmierć od pierwszych chwil, które uświadomiły mi, że jestem niepasującym odpadem , który trzeba będzie utrzymywać przy poniżającej wegetacji. Moich krzyków i błagań nikt jednak nie słyszy, bo nie dane mi było wypowiedzieć jakiegokolwiek słowa. Nie jestem stanie też wykonywać za wiele czynności poza stękaniem, ślinieniem, niezdarnymi konwulsjami ciała, czy niekontrolowanym wypróżnianiem. Tyle mogę zrobić. To cały mój kontakt ze światem, który kazał mi żyć w jedynym pomieszczeniu, jakie znam. Kazał mi być w miejscu, z którego nie mogę uciec ja, ani rodzina – będąca częścią koszmaru, który nie będzie miał szczęśliwego zakończenia. Nie pamiętam nic poza wiecznym bólem, ciągłą męką, aby pozornie poprawić mi wegetacje rehabilitacją, na którą nikogo nie stać. Rodzice sprzedali wszystko. Matka nie widzi na oczy od dawna. Zresztą w te 12 lat postarzała się o 40. Nie śpi, nie je, nie ma siły mnie myć, przenosić, czy przewijać. Odleżyny są coraz większe mimo, że wcale nie ważę dużo jak na 12 latka, który śni o tym, żeby chociaż na 1 dzień być normalnym chłopakiem ganiającym na podwórku za piłką. Chociaż na 1 dzień poczuć wiatr, słońce, deszcz, drzewo, pasek. Na kilka chwil zobaczyć radość w oczach rodziców, którym opowiadam z dumą o sukcesach w szkole i na macie, bo chyba chciałbym walczyć jak prawdziwy mężczyzna. Na moment poznać to czego nigdy nie poznam… i zniknąć… zniknąć bo o tym , żeby się nie obudzić proszę los od kiedy pamiętam…
*
Miałabym 12 lat, ale moja mama, kiedy dowiedziała się o mnie sprzedała wszystko co posiadała i wyjechała do Holandii, gdzie ludzie są nieco mądrzejsi niż w Polsce. Zrobiła co powinna, mimo, że do dziś boryka się z wyrzutami sumienia i nigdy w jej oczach nikt nie zobaczył radości. To była chyba jedna z lepszych decyzji w jej życiu, które systematycznie niszczyła od najmłodszych lat. Picie i narkotyki towarzyszyły jej na równi z przeróżnymi partnerami, których wcale nie pamiętała. Imprezy, spotkania, luz to było wszystko czego pragnęła. Nie miała ambicji na nic poza coraz większymi ilościami substancji, którymi się truła. Do pewnego momentu organizm to tolerował, ale szybko z pięknej kobiety stała się zaniedbanym wycieruchem, którego brało się na imprezy, żeby w trakcie urozmaicić sobie zabawę. Kto był ojcem?? Trudno powiedzieć. Mogło być ich kilku. Kto by się mną zajął? Nikt, bo dzieci w takim świecie są niepotrzebne, chyba żeby wyłudzić jakiś zasiłek czy zapomogę. Pewnie też urodziłabym się już uzależniona, bo matka nie trzeźwiała od 20 lat. Nie miała domu, pracy, zdrowia, a przede wszystkim chęci miłości kogokolwiek. Wyjałowiona i pozbawiona przez używki ciepła i dobrych uczuć – była z wiekiem coraz agresywniejsza i bardziej nieobliczalna. Miałabym 12 lat i życie bez miłości, rodziców, dziadków, radości. Urodziłabym się po nic… więc całe szczęście, że mnie nie ma…

*
Nie da się nikogo zmusić do poświęcenia, ani miłości. Nie można nikogo skazać na cierpienie – jeśli nie jesteśmy w stanie mieć na nie wpływu. Nie wiem co jest dobrym wyjściem w wielu przypadkach. Właściwie co gorszym, bo przecież często dobrego nie ma. Sam jednak zakaz – odbierający możliwość decyzji, która jest nieodwracalna i na zawsze – jest…
…zaprzeczeniem człowieczeństwa…