Od kilku godzin stałam na rozwidleniu dróg. W powietrzu czuć było niepewność. Starałam się spokojnie przeanalizować kilka spraw. Racjonalnie wyreżyserować kolejne kadry – po wybraniu jednej z opcji rozwidlenia, ale wątpliwości, strach, wina, żal, krzywda – darły się starając przeforsować swoje racje. Nawet czas stał się moim wrogiem. Zresztą było tak od lat. Nigdy nie upływał tak jak go prosiłam. Złośliwie znikał w chwilach szczęścia i spełnienia, a wlókł się jak konający płaz – kiedy błagałam go o pośpiech. Nie… zdecydowanie czas nie stał po mojej stronie, a ja nie lubię się nikogo słuchać… tym bardziej jego…

      No właśnie, niby nie lubię się nikogo słuchać a od dawna robię rzeczy wbrew własnym pragnieniom. Niby jestem zdecydowaną i określoną indywidualistką, ale jak trzeba coś zmienić – trzymam się stereotypów i chcę zadowolić cały wiat. No… może nie zadowolić, ale tkwię w jakimś chorym poczuciu odpowiedzialności. Poddaję się presji, która zabrania mi zawieźć oczekiwania bliskich i przyjaciół. Tylko kim oni naprawdę są – skoro nie liczą się z tym, że ja mogę chcieć całkowicie odwrotnie?

      Czy oni faktycznie są mi bliscy – skoro nie rozumieją, że nie cieszy mnie ICH złudnie lepsze? Czy przyjaciele nie powinni wspierać moich marzeń. Zresztą… ostatni rok pokazał, że otaczałam się oszustami i manipulatorami, którzy zbyt wieloma słowami chcieli przysypać własne podłości, kłamstwa, oszustwa, zdrady, nałogi, słabości…

      Lubię obserwować ludzi. Cenię wszechstronność naszego gatunku. Szczególne jego skrajności, które nieustannie przesuwają granicę dobra i zła. Przysłuchuję się wypowiadanym opiniom, składanym deklaracjom. Czasem prośbom, przysięgom, zaklęciom, błaganiom… Każdego dnia poznaję nowe możliwości rozumienia, myślenia, postrzegania, świadomości. Uczę się z coraz większym zainteresowaniem jak bardzo wszystko jest pozorne, nietrwałe, umowne… a często nieprawdziwe… nieistniejące…

      Tysiące razy słyszałam co jest dla mnie najlepsze oraz co powinnam. Co mam wybrać, zrobić, postanowić – nawet myśleć! Przecież mądrzy i dobrzy ludzie są tacy określeni! Najwięcej do powiedzenia miały osoby uważające się za lepszych od reszty. Prawo do krytyki innych i nieustannych ocen daje kilka absurdalnych powodów. Chyba jako pierwsze poznałam koneksje rodzinne. Ustawieni krewni to niemal Joker. Pieniądze… no te potrafią przewrócić w głowie. Znam takich, którzy nie podają ręki szarym etatowcom i nie siądą do stołu z ludźmi bez statusu VIP… Równi i równiejsi na tej płaszczyźnie są sztywno ustalone. Rodzina zawsze będzie wiedziała co jest najlepsze dla jej członków. Ciężko jednak dyskutować z mamą, czy babcią o własnych wartościach – kiedy świat, jaki One znają – na przestrzeni ostatnich 25 lat – przestał istnieć. Najgorsi są jednak zakompleksieni krzykacze, którzy swój brak spełnienia, szczęścia, niezadowolenia, frustracji – chcą przesłonić kpiną z innych. W tej grupie nie ma przyjaciół, szacunku, zasad. Wszystko jest gorsze od tego co sami reprezentują. Głupsze, brzydsze, bez sensu, nie akuratne, nudne, szare i jałowe. W koło sami zazdrośnicy, nałogowcy, desperaci, którzy popełniają kardynalne błędy… tylko oni wyjątkowi, silni, mocni…

     Niezależnie od intencji, szczerości i zaangażowania – każdy posiada własny świat, dekalog i wrażliwość, a zatem i idee szczęścia, która nawet jeśli jest absurdalna i jedyna – nie powinna być pozbawiona istnienia.

      Niezależnie od tego co zrobię i tak będę poddawana nieustannej krytyce i osądom. Jeśli nie wpasuję się w większość – zawsze będę wytykana palcami, wykpiwana i potępiana. Pouczana, uświadamiana i strofowana. Przecież nie mogę zmarnować sobie życia. Nie wolno mi robić głupot, myśleć inaczej i wybierać na odwrót. Nie mogę zawieść pokładanych nadziei, nie dostosować się do oczekiwać. MUSZĘ żyć tak jak oczekują tego ode mnie inni. Mieć ,,sukcesy” uznane za sukcesy i drogę do kariery i szczęścia taką, jaka została narzucona przez uśmiechający się fałsz. MUSZĘ zadowolić dominującą hipokryzję, aby nie stanąć w szeregu wyklętych straceńców… MUSZĘ być uśmiechnięta, spełniona, wypoczęta, doceniona, trzeźwa, inteligentna, wysportowana zadbana…   SZCZĘŚLIWA…

       Słońce wpatrywało się w moje smutne oczy, a ja grzebałam w przeszłości wydobywając z niej to, co mogło mi pomóc w zaistniałej sytuacji. Jestem zmęczona tym życiem – nieżyciem. Szczerze rozczarowana, zawiedziona… hmmm … wkurwiona!

To właściwe określenie. Zagubiłam się w labiryncie cudzych oczekiwać. Jak nakręcony robocik wywiązuję się z obowiązków i staram  pokazać – jaka to jestem spełniona w życiu, którego nienawidzę. A przecież dla mnie najważniejsza jest inteligencja emocjonalna i możliwości myśli. Ludzki umysł jest tajemną mocą, która nie powinna tracić czasu na iluzje trwania w jakiejś matni pseudo życia…

     Zapadał zmrok. Rozwidlenie zaczęła wchłaniać mgła. Lewo i prawo stawało się coraz bardziej niewidoczne, ale to już nie miało znaczenia… Nie weszłam na żadną z istniejących dróg… Wybrałam całkiem nową, nieznaną, nieistniejącą, poza czasem – wiedząc, że nie zadowolę świata swoim kosztem…

Mając świadomość konsekwencji decyzji, które chcę podjąć w poszukiwaniu własnego szczęścia…

                                                                                  …uśmiechnęłam się…