Kiedy słyszę, że piekło to miejsce, w którym mogę się znaleźć po śmierci, chciałabym głoszącym te słowa pokazać, jak bardzo się mylą. Jak w wielkim są błędzie uważając, że ta „zła” opcja czeka nas dopiero po opuszczenia ziemskich progów.

      Jeszcze będąc dzieckiem nie mogłam się nadziwić porządkowi tego świata, który jawił mi się jako chaos. Niekontrolowany bałagan, który obdziela nieszczęściem i tragediami kompletnie przypadkowych śmiertelników.

      Historia świata, usiana jest zdarzeniami, które nigdy nie powinny się zrodzić. Przeszłość płonęła wieloma piekłami, w których największym torturom poddawane były istnienia czyste i niewinne. Nie inaczej jest w otaczającym teraz…

      Stoję w szeregu tych, którzy nigdy nie znaleźli odpowiedzi, ani wytłumaczenia na takie koleje losu. Jestem jedną z tych dusz, która nie akceptuje z pokorą niesprawiedliwości, jakiej poddawani są niektórzy z nas. Jedną z pytających osób, – dlaczego Bóg na to pozwolił? Dlaczego patrzył i nie zareagował? Nie pomógł wołającym? Nie wysłuchał błagalnych próśb? Nie podał ręki? Patrzył na to bez emocji, czy może odwrócił głowę?

      Wiem, że wiele osób uważa, że Bóg nie mógł postąpić inaczej i nagrodził zbawieniem Tych, którzy odeszli za wcześnie w nieludzkich okolicznościach, czy po heroicznych walkach. Czekał na Swoje dzieci za bramą, którą trzeba przekroczyć, żeby Go poznać. Nie jestem jednak przekonana, czy tak doświadczać można uczciwość, dobroć, czy niewinność…

      Nie widzę głębszego sensu w wojnach, w których giną cywile opowiadający się za pokojem. Nie rozumiem zasadności wielu tragedii, nieszczęść, manipulacji, rozgrywek… Może dopiero po „drugiej stronie” usłyszę odpowiedzi, których teraz nie znajduję…

      Moje ziemskie piekło to przede wszystkim niemoc, zostawiająca liczne rany na moim jestestwie. Bezsilność, z którą uparcie walczę. Zbyt często jednak przegrywam, gdyż nie jestem w stanie zmienić rzeczy niezależnych ode mnie. Nie raz przyszło mi wołać o pomoc Najpotężniejszego. Zdarzało mi się sypać głowę popiołem – jednak pomoc nie nadeszła, a błagania nie zostały wysłuchane. Z wieloma sprawami musiałam się pogodzić, wiele nie byłam w stanie zmieścić. Mój sen nie jest już tym, który pamiętam z dzieciństwa…

     Moje ziemskie piekło to świadomość jak mało mogę mimo usilnych starań i gorących pragnień. Dostrzegam coraz większej słabości, niedoskonałości, których pokonać nigdy nie będę w stanie.

      Nieufnie patrzę w przyszłość. Nie wiem, czego mogę się spodziewać. Kiedy jestem szczęśliwa, a najważniejsze mi Osoby obok zdrowe i bliskie sobie – boję się, że zostanie mi to odebrane a ja nie będę potrafiła tego odzyskać. Nie będę mogła zrobić nic. Nie będę miała wpływu na widziane łzy, odbierający oddech ból, czy słyszany krzyk rozpaczy rozdzierający serca…

     Moje piekło to wieczna trwoga, że nie jestem „panem swojego losu”. Życia. Zdrowia. Bezpieczeństwa. To nieodzowna obawa przed złem, które jest. Czai się i obserwuje nieustannie. Zaatakuje w sytuacji, kiedy uśpi mnie błogie spełnienie – zadając najdotkliwsze ciosy.

     Staram się myśleć pozytywnie, mieć wiarę i siłę do walczenia o marzenia i sny – jednak nad własnymi obawami nie mam władzy…

     Los nie raz zadrwił sobie z mojej pewności. Poddał wielu próbom, na które nie byłam gotowa, wiec i ofiary były nieuniknione. Wpychał do palących pieczar, z których wydostać się było ciężko a po ich opuszczeniu, nigdy już nie było – jak przed diabelską obecnością przegranej.

    Zamach na redakcję Charlie Hebdo i kilka miesięcy później na cały Paryż zatrzymał na chwilę świat. Kocham Afrykę od zawsze, ale zamachy w Kenii czy Nigerii, Tunezji, Egipcie to makabryczne wydarzenia pochłaniające niewinne ofiary. Katastrofy klimatyczne są coraz dotkliwsze. Za często przegrywamy walkę z chorobami, rakiem, uzależnieniami… W tym wszystkim zamiast się wspierać i jednoczyć – skaczemy sobie do gardeł – rozdzierając i tak już pokaleczone i osłabione ciała… Zamiast darzyć się ciepłymi uczuciami, zamrażamy w sobie wrażliwość by biec na oślep donikąd, bo nawet po horyzoncie od dawna spływa purpurowa krew…

      Wierzę w szczęście, spokój, zrozumienie, wolność, prawdę. Wierzę, bo bez tego płonęłabym w ogniu wegetacji i apatii. Mam nadzieję na istnienie ideałów i wartości, ale dążenie do ich osiągnięcia nie jest pozbawione wizji utraty, czy porażki. Nie oddycham przepełniona spokojem. Martwię się o przyszłość swoich bliskich i ważnych w moim życiu Osób.

     Pamiętając, co widziałam, co wiem, co widzę… boję się…

     Boję się… i proszę Anioły i Boga o…

                                                                               …pomocne skrzydła i poprowadzenie…