Prawie 30 lat czekałam na możliwość przekroczenia bramy osadzonej w kilkunastometrowym, masywnym murze. W pewien czerwcowy nieokreślony czas dotarłam do niej i kiedy zbliżyłam się odpowiednio blisko – ciężkie wrota rozwarły swoje podwoje, aby wpuścić mnie do środka. Był to i dzień i noc jednocześnie. Na twarzy czułam naprzemiennie zarówno chłód jak i nieznośne gorąco. Bosymi stopami szłam po ostrych skałach, suchych piaskach, mchu, jak i po śliskich, lepkich bagnach z błota i krwi.

       W przestrzeni, która była i świetlista i mroczna zarazem – zawieszone były różnorakie formy. Niektóre żywe, wykrzywione inne skołtunione i zbolałe.  Przechodziłam przez kaleczące krzaki, które kryły w sobie oczy strachu i smutne dusze pozawieszane na gałęziach. Mijałam opustoszałe budynki, domy, wieże, w których czaiły się najgorsze klątwy tego świata. Postacie, jakie spotykałam nie znały radości. Żadna z nich nie była w stanie się uśmiechać. Większość pozbawiona była ust i innych elementów twarzy. Trwały w jakimś letargu, zawieszeniu. Pustym i gorzkim stanie – jakby nabierały sił przed kolejnymi, nieuniknionymi torturami. Przerażające formy nie posiadały organów wzroku, mowy, czucia – jakby jakaś nadprzyrodzona siła pozbawiła je możliwości odczuwania, komunikacji, życia…

      Największe wrażenie zrobiły na mnie sylwetki połączone ze sobą nierozerwalnie i dozgonnie. Zespolone, zdeformowane ciała trwały w mariażu, które świadczyło o nieskończonej więzi i sile przetrwania. Pozbawione krwi i ciepła, wspierały jedna na drugiej swoje okaleczone pozostałości, chcąc zatrzymać miłość – nawet w tak paradoksalnej formie… Zazdrościłam im tej ogromnej walki o siebie, o uczucia. Bitwy o sens istnienia, jakim niewątpliwie jest zjednoczenie duchowe ludzi gotowych dla siebie na wszystko…

      Nagle zrobiło się przerażająco zimno. Stąpałam od dłuższego czasu po zakrwawionym śniegu, a co chwilę mijały mnie watahy wychudzonych wilków, bacznie mi się przyglądając. Kilka z nich stało i przypatrywało się odpływającemu w dal balonowi z napisem Never More…

      Nie wiedzieć czemu stało się dla mnie jasne, że i ja nigdy więcej nie pozwolę się skrzywdzić, ani dotkliwie zranić, bo tu, w tym momencie, stałam się posiadaczem ochronnej powłoki, która zaczęła mnie bronić nie tylko przed panującym zimnem…

      Śnieg powoli się topił, w oddali pojawiał się zarys dwóch ogromnych kolumn, które tworzyły zakapturzone postacie – odpowiedzialne za nadzieje i wiarę, jaka żyła do czasu tlenia się ostatniej iskry przed unicestwiającym zdmuchnięciem. Przeszłam z pochylona głową miedzy szpalerem z upiornych ścian, oświetlając sobie drogę jedną ze znalezionych świec. Kiedy zniknęły za mną, z oddali, świetlista brama kusiła mnie do swojego wnętrza zalanymi krwią schodami. Omijając lepką ciecz  weszłam w kolejny wymiar otaczającego świata, podległego śmierci. Liczne cmentarze i krzyże podkreślały kruchość i ulotność cielesności. Jakby przestrzegajac przez zbędnym do niej przywiązaniem. Mój Anioł przyglądał się im z  trwogą. Wiedział chyba o wiele więcej ode mnie. Znał początek i powód tego, co teraz mijaliśmy w milczeniu…

      W koło widoczne były szczątki ciał i pozostałości po nich. Kamienne kończyny, kruszące się i odpadające członki, kości pokryte imitacją skóry i strukturą przypominającą sieć pajęczą… Niektórzy żyjący, konali w męczarniach, rozdzierani przez niewidzialne siły…

    Ponad ćwierć wieku zastanawiałam się co zobaczę za murem, który okala trujący bluszcz. Wielokrotnie się tam wybierałam, ale za każdym razem nieprzewidziane okoliczności i sytuacje uniemożliwiały mi podróż do tej odległej krainy. Moje wyobrażenia były różnorodne, jednak bardzo osobiste i mocne. Intuicja mówiła mi, że żaden z napotkanych tam obrazów mnie nie rozczaruje. Nie sadziłam jednak, że będę odczuwała tak silnie i intymnie każdy detal tej mrocznej krainy. Krainy w której maluje się przerażenie, zgroza, wynaturzenie i dewiacja. Mimo tego jest ona magnetycznie pociągająca.  Teren przesiąknięty śmiertelnym truciznami. Zakątek pozbawiony spokoju, szczęścia i spełnienia… jednak będący wyczekiwanym marzeniem, którego tajemnice chce się niezmiennie odczuwać…

      Nie przypuszczałam, że spotkam tam stworzenia ludzko – podobne, o jakże jednak innej organiczności. Innej pozornie, bo czułam z nimi więź i zrozumienie. Aż nazbyt wiele wspólnego, mimo złudnej odmienności. Otaczały mnie  struchlałe istnienia, przerażone i skulone we własnych wnętrznościach. Nieme, bezradne, pokonane… Nigdzie indziej szkielety tak nie krzyczą o przebaczenie. W żadnym miejscu jakie znam, śmierć nie jest tak okrutna i bezwzględna… Mijane kości, skamieliny, czy powykręcane wnętrzności – chciały żyć. Pragnęły być w innym miejscu, przestrzeni, świecie… Niestety miały świadomość, że nic się nie zmieni…

      Na końcu mojej wędrówki po świecie dostępnym dla nielicznych weszłam do zniszczonego miasta, a właściwie ruin po nim pozostałych. Ogniste ryby przeplatały się z krukami wrzeszcząc nad naszymi głowami. Mijałam skupiska ludzi, którzy splątani kościstymi członkami kotłowali się w szale nienawiści. W amoku i wściekłości wykorzystując jeden drugiego. Seksualne wyuzdanie, dominacja, poniżenie – stało się paradoksalną obroną na zbliżający się, nieuchronny koniec.

      Kilka ulic dalej, na jednej ze ścian zwisało uwieszone do nieba serce… Ciepłe, pulsujące, ludzkie, wrażliwe, czujące serce… Pod nim kłębiły się niezliczone postacie – wyciągając ku niemu zgrabiałe, sztywne dłonie. Żebrzące członki błagały o coś dla nich już niedostępnego, co tylko potęgowało skowyt bezsilności… jaki przeszywał powietrze…

     Niektórzy starali się stąd uciec przy pomocy kamiennych statków i innych latających struktur. Pragnęli wymknąć się  niepostrzeżenie z jaskini końca… Nikomu się jednak nie uda opuścić miejsca, odgrodzonego od znanej nam rzeczywistości,niewidzialnymi granicami…

      Pomimo napotkanych okropności byłam spokojna. Nie czułam strachu, ani przerażenia. Miałam świadomość, iż oglądam świat takim, jakim on jest. Bez kłamstwa, hipokryzji i zbędnej obłudy. Bez udawania i niepotrzebnych złudzeń.

       Wiedziałam, że patrzę na życie obdarte z technicznych upiększeń, jakim uległ matrix. Patrzę na ludzkość, która nie musi już silić się na zbędne gesty i śmieszności. Byłam spokojna ale smutna. Smutna jak spotkane tu istoty. 

Z zatopienia w rozmyślaniach, wyrwała mnie księżycowa postać – zawieszona nad drzewami.

,,Musisz już iść. Widziałaś dostatecznie dużo” – powiedziała metalicznie, miarowo i stanowczo ,,Chodź za mną, wyprowadzę cię do świata z którego przyszłaś”. Bez słowa ruszyłam za nią. Szliśmy w ciszy. Czuć było w powietrzu ciepły wieczorny wiatr pojednania. Pojednania z samym sobą, gdyż to jest początek wszystkiego…

      Kilka miesięcy po powrocie z Sanoka doświadczam życia. Dzięki podroży po krawędziach świata, które dzięki Beksińskiemu są możliwe do poznania… czuję harmonię.  Przejmująca magię jedności, jakiej możemy być kreatorami. Jestem wdzięczna, że miałam okazję na spotkanie z mieszkańcami wszechświata, którzy tkwią, gdzieś… zwieszeni w kadrach uwiecznionych przez Wizjonera.

Mistrza, Geniusza i Przewodnika, jakim niewątpliwie był Twórca wszystkiego…

                                                                …co znajduje się za wielką, ciężką bramą…

Zdjęcia mojego autorstwa, obrazów Zdzisława Beksińskiego pochodzą z Muzeum w Sanoku