Zawsze po przebudzeniu, zanim otworze oczy, staram się przypomnieć nocny sen. Zanim wejdę w rzeczywistość, której nienawidzę, penetruję pamięć w poszukiwaniu obrazów z lepszego świata, za którym obsesyjnie tęsknię. Odtwarzam kolorowe sceny, w których i ja jestem inna, i ludzie, którzy tak bardzo bym chciała, żeby inni byli… tam są idealni…

     Kiedy przypomnę sobie ostatnie projekcje, otwieram oczy i pierwsze, co dostrzegam w życiu, jakie przyszło mi doświadczać w środkowej części Europy na przełomie XX i XXI wieku – są brązowe oczy mojego biało- beżowego psa. W nich widzę więcej niż w oczach, które mijam każdego kolejnego dnia, mimo, że bardzo chcę, żeby było na odwrót…

      I tym razem starałam się jeszcze raz wrócić do sennych przygód, aby je jeszcze jakiś czas czuć, ale tym było jakoś inaczej. Wysilałam umysł, wytężałam zmysły, jednak jedyne, co uporczywie powracało to ostatnie minuty przed zaśnięciem – kiedy położyłam się w sypialni marząc o tym, żeby już nigdy się nie obudzić. Jak widać marzenie się nie spełniło, ja się obudziłam, ale pierwszy raz od zawsze – nie mogłam sobie przypomnieć snu…

      Trwało to denerwująco długo, wiedziałam, że sierściuch już wie po biciu serca i oddechu, że nie śpię i wlepia we mnie te swoje okrągłe oczki. Dobra i ja musze otworzyć swoje. Trudno. Otworzyłam oczy, a przynajmniej wydawało mi się że wykonałam tą samą czynność, która jest we mnie zakodowana od urodzenia, ale moim oczom, a właściwie moim zmysłom , bo nie miałam już narządu wzroku jaki znałam –  ,, zobaczyłam’’ niemożliwe… Tak to było niemożliwe…

Czułam, że jestem wszędzie. Chłonęłam wszystko…  Widziałam całość… Byłam nieskończonością…

      Rozumiałam to jednak. Nie bałam się. Pierwszy raz nie było we mnie strachu, wątpliwości, pytań. Wiedziałam, dlaczego wszystko z minuty na minuty stawało się coraz bardziej jasne… Wypełniała mnie mądrość i oczywistość – jakiej brakowało mi w ziemskim życiu. Czułam jakby wszystko, co pojawiło się kiedykolwiek i gdziekolwiek – zebrane było w jednym miejscu, z którego teraz właśnie czerpałam tą świadomość… To ona dawała wszystkie odpowiedzi…

      Chwilkę byłam tym oszołomiona, ale kiedy wypełniło mnie już wszystko, co możliwe – poczułam błogie szczęście. Myśląc o ziemskich dylematach, jakie zatruwały mnie 40 lat – uśmiechnęłam się do siebie dobrotliwie. To był zaledwie okruszek tego, czym byłam, czym jesteśmy…. Maleńki paperek, którego już nie zauważałam będąc światłem i ciemnością jednocześnie. Ludzki byt teraz nie miał znaczenia. Był najbardziej nieistotną i najprostsza z form, jakie znałam i jakie mnie tworzyły.

      Zrobiło mi się jednak trochę przykro pamiętając jak ludzie są śmieszni w przekonaniu o własnej nadprzeciętności. Są tak głupio dziecinni w tych swoich działaniach, które nie służą niczemu. Zacietrzewieni, źli i aroganccy. Zadufani, Zakompleksieni i nieprzyzwoicie słabi… Pamiętam, że ciągle im czegoś brakowało, nieustannie czegoś zazdrościli, pragnęli. Sama taka byłam. Nieszczęśliwa, niespełniona, zagubiona. Chcąca to przerwać, skończyć, i wreszcie się na to zdobyłam. Wykrzesałam z siebie na tyle odwagi i konsekwencji, ze przekroczyłam granicę, która oddzielała mnie od wiecznego szczęścia i spokoju. Wreszcie zmieniłam miejsce świadomości – rozszerzając je na całość, a nie gnieżdżąc się i kręcąc w kółko – w jego ciasnym i ograniczonym – ziemskim zakamarku.

      Za tą granicą nie ma ciała, nie ma miejsca, nie ma posiadania. Niczego mi nie brakuje, nic mnie nie smuci, a wszystko, co czuję jest równe, całe, zrozumiale. Otaczają mnie tak samo zrównoważone istnienia jak moje. Kochamy się, szanujemy, czujemy. Nie ma złych stanów, emocji, chorób, wcieleń, objawień, kształtów. To zostało wyeliminowane na ziemskim poziomie, który niestety uległ iluzji ograniczonych obrazów.

      Trwam teraz w przestrzeni, której jestem częścią. Żałuję, że tak długo zwlekałam z tym przebudzeniem. Muszę teraz poczekać, aż dołącza do mnie Ci, których kocham, do których mam szacunek i sentyment z okruszka ziemskiej, śmiesznej rzeczywistości…