Małgorzata Hillar, w swoim najbardziej znanym wierszu „My z drugiej połowy XX wieku” – miała szczęście pisać o ludziach, którzy mimo pozorów i sztucznych zachowań potrzebują uczuć, ciepła i bliskości. Miała możliwość przedstawić człowieka, jako istotę zagubioną między postępem, nowymi możliwościami a wrażliwą duszą. Zaznaczyła jednak wymownie, że już w II połowie XX wieku mieliśmy problem z emocjami i hierarchią wartości…

      Wznieśliśmy się do nieba, podzieliliśmy świat na atomy a coraz trudniej przychodziło nam się beztrosko uśmiechać. Koniec ubiegłego stulecia obfitował w wiele dramatycznych sytuacji, których głównym powodem był narastający konflikt między samymi ludźmi. Nie przejmowaliśmy się sygnałami natury, która patrzeć nie mogła na coraz większy chaos i zniszczenie. Nie zwracaliśmy uwagi na katastrofy i klęski żywiołowe pochłaniające ogromne ilości ofiar. Stawaliśmy się coraz bardziej pewni swoich sił, wyjątkowości i nietykalności. Z roku na rok byliśmy pozornie coraz mądrzejsi, bo potrafiliśmy dokonywać niewiarygodnych odkryć, coraz dokładniej zgłębiając tajemnice planety. Niestety tylko pozornie, bo tak jak nasi poprzednicy – chociaż w samotności byli zdolni to uczyć – współczesny, przeciętny człowiek – albo nie ma na nie czasu, albo dawno temu uśmiercił w sobie wszelkie przejawy człowieczeństwa.

Wiersz Hillar kończy w następujący sposób –

„Dopiero późną nocą

przy szczelnie zasłoniętych oknach

gryziemy z bólu ręce

umieramy z miłości”

      Refleksja jest czytelna. Wstydziliśmy się być naturalni, bezpośredni, ciepli. Baliśmy się okazywania uczuć i słabości. Zaczęliśmy budować mur i kreować siebie w sztuczny i nieprawdziwy sposób. Pędziliśmy coraz szybciej, bo skrzyżowaniach życia, często łamiąc przepisy… i serca innych…

     Z roku na rok wszystko przyspieszało. Wymyśliliśmy skomplikowane urządzenia mające poprawić jakość życia. Stworzyliśmy do pomocy wiele maszyn, które miały dać nam więcej czasu i swobody. Wciskaliśmy się coraz szybciej w nowe otoczenie, ubranko, domek, a nawet ciało… Wszystko co miało być wybawieniem okazało się ciasnym więzieniem z grubymi pętami, które coraz ciaśniej wiązały nam wątłe i zmęczone gonitwą gardła. Wszystko ułożyło się zupełnie na odwrót. Staliśmy się niewolnikami postępu… a przede wszystkim siebie…

      My z I połowy XXI żyjemy w szklanych domach otoczeni plastikiem, betonem i odorem spalin. Swoje marzenia zawęziliśmy do posiadania, gromadzenia, konsumowania i trwonienia. Nie ma czasu na analizowanie, myślenie, czucie. Od pierwszych chwil, kiedy zaczyna się kolejny dzień – czeka na nas mnogość czynności, które generują kolejne i kolejne… bez końca. Otrzymujemy tysiące informacji z różnych miejsc, które nie zatrzymują się na długo, bo od dawna się w nas nie mieszczą. Potrzebujemy być w kilku miejscach w ciągu niemożliwie krótkiego czasu, prowadzimy tysiące rozmów z znanymi i nieznanymi ludźmi, ale żadna nie wzbudza w nas emocji. Jesteśmy zmęczeni, sfrustrowani, chorzy, niezadowoleni, przybici, zniewoleni. Jesteśmy uzależnieni od tak wielu rzeczy, osób, spraw, sytuacji, że świadomość, iż nic od nas nie zależy od najmłodszych lat zabija w nas nadzieję i wiarę.

     Wiedząc od przedszkola, że jesteśmy skazani na zaplanowane i od dawna ustalone działania czy zachowania, co jakiś czas zrywamy się do ucieczki, która nie może skończyć się inaczej niż porażką. Te zrywy mające na celu odzyskanie wolności i kontroli chociażby na chwile z biegiem lat są coraz rzadsze i rzadsze. Coraz mniej w nas sił i motywacji. Wtłoczeni od zawsze w trybiki czegoś, co jest niezrozumiałe dla nikogo – udajemy, że tak właśnie chcemy prowadzić nasze życie. Konsekwentnie się oszukujemy, żeby nie zwariować i nie skończyć tego jedną, nieodwracalną decyzją…

     My z I połowy XXI nie mamy już czasu na nawet wieczorne uczucia i słabości. Do ostatniej minuty naszego dnia musimy wypełniać ściśle ustalony i zaakceptowany plan. Musimy podporządkować się grze, albo zniknąć, bo w przypadku rezygnacji z zobowiązań – i tak nas nie ma… Możemy liczyć tylko na siebie. Bez pretensji i lamentowania. Inni mają tak samo, albo jeszcze gorzej…

      Nie ma idoli, ani bohaterów, za to trup ścieli się gęsto, żeby reszta mogła truchtać ku nicości. Nie ma zasad ani wstydu. Wszystko jest normalne, dozwolone i tolerowane. Nikogo nic nie dziwi, nie szokuje, nie zastanawia. Dewiacje, okrucieństwa, tragedie – to podstawowe informacje, jakie serwują nam media od śniadania do kolacji. Nacisk na konsumpcje jest tak silny, że trzeba posiadać, kupować, zmieniać, mieć, nosić… Nie ma czasu zastanowić się po co tak się dzieje, komu to jest potrzebne i po czego tak naprawdę chcemy. Nie ma chwili na refleksje, na odpoczynek, wyciszenie, zadumę. Nie ma momentów zwolnienia, czy samotności. Nie jesteśmy samotni nigdy. Cały czas pozwalamy się kontrolować, obserwować, podglądać… robiąc to też w stosunku do innych. Są to jednak relacje niewynikające z chęci poznania czy pragnienia dzielenia. Powodem kontaktów są coraz niższe instynkty i haniebne pobudki. Oficjalnie w godzinach szczytu emitowane są programy, które jeszcze 20 lat temu nie miały by racji bytu, teraz każdy jest w stanie iść na całość- pokazując bez wstydu najbardziej ohydne kawałki naszej natury. Kobiety przestały być kobietami, mężczyźni samcami, dzieci – podopiecznymi, a starsi – szanowanym sektorem społecznym. Wszystko zmierza coraz szybciej abyśmy byli całkowicie pozbawieni norm, wartości oraz zdolności samodzielnego myślenia, a co za tym idzie decydowania. Pozornie ważne sprawy do zrobienia, – jak nowe aplikacje, kolejny model wszystkiego, obejrzenie tego czy owego, kupienie reklamowanych dóbr – pozbawia nas możliwości zajęcia się naprawdę istotnymi kwestiami, – jakimi bez wątpienia są ludzkie relacje. Na wszystko jest przecież panaceum. Na smutek, gniew, zawód, słabości, choroby, niedyspozycje, rozpacz… na wszystko…

     Niestety wiek XXI to czas, kiedy nie ma czasu na zagadnienia związane z miłością, więzią czy przywiązaniem. Teraz nic nie trwa dłużej niż chwila, więc nikt już nie liczy na dozgonną miłość, która jest tak samo niemożliwa jak posiadanie telefonu czy sezonowego hitu z butiku – dłużej niż kilka miesięcy.

     Ufając naszemu „oknu na świat” którym są TV i Internet musimy pędzić za tym gdzie nas pchają nie mając już czasu żyć własnym życiem… Nie ma miejsca na nasze uczucia i marzenia…

                                                                …Nie ma w nim bowiem, miejsca na nas…