Naiwność pozwala wierzyć w spełnienie marzeń. W istnienie lepszego świata, dobrych ludzi, wartościowych doświadczeń. Rysuje w naszych sercach niemożliwe i pcha niestrudzenie na spotkanie z upragnionym szczęściem.

Odgradza nas od marazmu, swoją magiczną umiejętnością – dodawania sił, kiedy ich brakuje. Otula ciepłym ramieniem i każe wierzyć, że to tylko incydent, sporadyczny przypadek, czy niefortunny zbieg okoliczności.

 

Naiwność to stan, który sprawia, że nadal widzę świat w tęczowych kolorach. Mimo wielu czarnych dni, mimo zawodów i poważnych klęsk, ufam nadziei, że wszystko dobrze się skończy, że wszystko działo się po coś, że ciągle czekają na mnie moje marzenia…

 

Od czasu, kiedy byłam dziewczynką z zaplecionymi warkoczami, w białych podkolanówkach – minęło sporo czasu. Los nie oszczędzał ani mnie, ani najbliższych.

Widziałam wiele porażek, wiele niepotrzebnych tragedii, wiele bólu, który mógł nie istnieć. Były dni, kiedy traciłam wiarę w ludzi, w sprawiedliwość, w prawdę. Były momenty, kiedy chciałam sprzedać swoje ideały, czy zapomnieć o wartościach.

Po łzach goryczy i oczyszczającej złości – nadal chciałam widzieć dobra stronę ludzkiej natury. Czekać na pozytywne emocje i doświadczenia, bez pesymistycznych okularów i przeciw uczuciowego płaszcza.

 

Naiwność utrzymuje mnie przy życiu, które tym różni się od wegetacji, że wypełnione jest nadzieją na zmiany, na cele, na pragnienia. To ona przeprowadza mnie przez gąszcz wątpliwości, to ona szepcze, że nie wolno zamykać się na świat i jego niespodzianki.

Dodaje otuchy, kiedy boje się pomagać, podaje argumenty, kiedy chcę się odgrodzić zimnym murem.

 

Naiwność sprawia, że czuję się spontaniczna, naturalna, ludzka. Daje mi poczucie, że mogę tak wiele zrobić, tak dużo dokonać. Nie chcę zniszczyć jej w sobie. Nie chcę, żeby zniknęła z mojego serca, bo wtedy stracę dar, jakim jest wrażliwość na cierpienie. Zniknie we mnie delikatność, bez której nie ma oddania, miłości, czy współczucia. Zostanę zimnym człowiekiem, który będzie kierował się racjonalnymi pobudkami. Zamienię się w stratega, który nie będzie walczył o niemożliwe, z obawy przed porażką. Zatracę się w kalkulacji i liczeniu strat z zyskami.

Zawładnie mną cynizm a tego nie chcę…

Kiedy ocieramy się o śmierć, cierpienie, czy choroby – paradoksalnie doceniamy wszystko, co mamy a czego nie widzieliśmy wcześniej.

Wiem co mówię, chociaż kiedyś nie chciałam w to wierzyć i odpychałam od siebie myśli, że przykre doświadczenia mogą mnie najwięcej nauczyć. Dzięki nim potrafię wyrazić siebie, umiem i chce komunikować się ze światem, nawet jeśli częstuje mnie gorzkimi przeszkodami. To łzy, zawody i niespodziewane reakcje osób, którym zaufałam sprawiły, że umiem doznawać szczerzej uczucia. Delektować i smakować to, czego pragnę. Szybciej zapominać o niepowodzeniach i przykrościach, których zmazać nie jestem w stanie.

Chcę tylko czasem wtedy cofnąć czas, żeby moc w pełni wykorzystać to, co odepchnęłam z głupoty i pychy.

Bywało, że im bardziej byłam zgnębiona tym silniej doznawałam wcześniej niezauważanego szczęścia, za które chcę płacić własną duszą.

 

Chcę być naiwna. Pełna wiary, w każdego spotkanego człowieka. Chcę ufać w słyszane słowa i mimo zawodu, nadal wierzyć, że one mogą być prawdziwe i szczere.

Obym nigdy nie zatraciła w sobie nadziei, że czekają na spełnienie te marzenia, które są moimi celami, na drodze życia, które zależy ode mnie…

 

… potrzebuję jej więcej…