Moja miłość spadła na mnie niespodziewanie. Nie wiedziałam, że ma taką moc i tak mocarne władanie. Pojawiła się, kiedy paradoksalnie sadziłam, że ją mam. Przyszła mi udowodnić, jak bardzo się mylę, w momencie, w którym powinna mnie ominąć. Niestety, właśnie wtedy postanowiła, że poznam jej wszechogarniającą siłę. Doskonale pokazała mi moją bezsilność, bezradność i zagubienie. Nie umiałam się jej z niczym przeciwstawić. Chciałam, wiedziałam, że powinnam, ale nic nie mogłam zrobić.

Przyszła pewnego dnia. Stanęła obok i uśmiechnęła się w taki sposób, że nie mogłam się już obyć bez tego widoku. Potrafiła dotykać mnie tak, jak od zawsze na to czekałam. Mówiła słowa, których sądziłam, że nie usłyszę. Robiła rzeczy, które myślałam, że nie istnieją. Pachniała marzeniami… Szybko mnie od siebie uzależniła. Sprawiła, że nie mogłam bez niej funkcjonować. Nic nie było ważne. Nie mogłam doczekać się jej obecności, robiąc najgłupsze rzeczy, żeby skrócić czas oczekiwania. Nie byłam w stanie prowadzić dotychczasowego życia, mimo, że nie planowałam go już zmieniać. Na nic były wszystkie postanowienia, kiedy mi jej brakowało. Byłam zdecydowana zrobić dla niej wszystko… dosłownie wszystko…

Moja miłość potrafiła umiejętnie manipulować moimi nastrojami, decyzjami i pragnieniami. Doskonale wiedziała, co zrobić, żeby osiągnąć swoje cele. Wyciągała po mnie ręce, a ja nie byłam w stanie jej odmówić, ani siebie, ani rzeczy, których ode mnie wymagała. Stanęłam przeciwko wszystkim, przeciwko wszystkiemu. Powierzyłam jej siebie absolutnie – ufając całkowicie. Ocierała mi łzy, które były wyrzutami sumienia. Przytulała mnie, kiedy wracałam po przegranej walce z najbliższymi. Rozwiewała moje wątpliwości swoją obecnością – karmiąc przyszłością i wizją – na zawsze.

Moja miłość, uciekła równie szybko, jak się zjawiła. Kiedy wszystko już było tak jak tego chciała, kiedy usunęłam wszelkie przeszkody, jakich wyszukała, żeby mnie sprawdzić – zniknęła. Zaspokojona pewnością, że osiągnęła swój cel – tryumfowała zwycięsko. Czując, że ma mnie całkowicie, wiedząc, że mam tylko ją – bez słowa, bez wyjaśnień, bez gestów… odeszła…

Moja miłość zmieniła nie tylko dotychczasowe życie, jakie miałam – to byłoby łatwe do zniesienia. Ona odmieniła już na zawsze moją przyszłość, która teraz okazała się nieustannym czekaniem. Wypatrywaniem. Poszukiwaniem. Niezaspokojeniem. Nadzieją.
Czasami miałam wrażenie, że znowu stoi blisko i zaraz się do mnie uśmiechnie. Wydawało mi się, że wróciła i znowu otuli i zaspokoi miłością. Niestety nawet, jeśli jej uśmiech był magnetyczny, to wiedziałam, że to nie jej dłonie. Kiedy dotyk był tym wyczekiwanym, okazało się, że nie potrafi mówić i wiedziałam, że to tylko podobna emocja, ale jakże daleka od poznanej i zapamiętanej miłości.

     Pojawiały się czasem pewne przesłanki, które mi ją przypominały, ale już nigdy, nikt nie zbliżył się do jej wyidealizowanego wizerunku.
Moja miłość dała mi chwile, które odmieniły postrzeganie świata. Oczarowała smakiem, zapachem, obcowaniem z idealnym. Pokazała mi jak silne mogą być więzi. Jak bardzo można się zbliżyć, jak precyzyjnie czuć… Podarowała mi nieoczekiwane reakcje i absolutną przynależność. Moja miłość zrobiła ze mną, co tylko chciała. Owinęła mnie wokół siebie odbierając wolność i samodzielność. Nie spodziewałam się, że oddam kiedykolwiek siebie bez zachowania bezpiecznych granic. Nie chciałam nigdy tak czuć, tak bliskiej relacji, jednak nie miałam na to wpływu! Moja miłość bez żadnych skrupułów skazała mnie na wieczna samotność i ciasne więzienie, jakim sama dla siebie, stałam się po jej odejściu.

Gdybym wiedziała jak sprawić, żeby się przed nią uchronić i być odporną na jej działanie…

                                                                                …nie chciałabym jej znać…