Wiele miesięcy temu, natknęłam się na film o bezdomnej parze, która od lat żyje w śmietniku, imitujący ich dom. Bohaterami dokumentu byli – chory na raka – mający świadomość nadchodzącej śmierci mężczyzna i pogodna, optymistycznie nastawiona do życia kobieta. Wiek obojga był trudny do określenia, na co zdecydowany wpływ miały warunki, w jakich wegetują oraz specyficzny tryb życia, na jaki się zdecydowali.

      Oglądając reportaż przeplatany rozmowami i codziennymi zajęciami – było mi coraz mocniej wstyd za siebie, za bliskich i wiele osób, które znam. Było mi wstyd, że ludzie, których widząc obok śmietnika obchodzimy z niesmakiem i wyższością – wiedzą to, czego my nie chcemy uparcie zrozumieć. Czujemy się lepsi od osób, które mimo przeciwności losu i tragedii – żyją pełniej i szczęśliwiej. Żyją bardziej świadomie i rozumniej – niż większość mieszkańców zamkniętych osiedli i posiadaczy dóbr luksusowych. Często myślę o tej parze bezdomnych ludzi, którzy mówili o honorze i zasadach z przekonaniem i szczerością. Zwracali się do siebie z szacunkiem i ciepłem. Troszczyli się o siebie i opiekowali – jak tylko to było możliwe – dzieląc wszystkim bez żadnych oporów i manipulacji. Nie było między nimi fałszu, zawiści, złośliwości. Nie było zakłamania i perfidii. Mieszkając na śmietniku starali się stworzyć iluzję rodzinnego domu i normalnych relacji. Żyjąc z zebranych śmieci, czy zdobytego złomu – czuli się wolni. Wolni i radośni w tak prosty i naturalny sposób, którego top class umiejętnie się pozbawiła…

      Ojca Chrzestnego F.F. Coppoli – oglądał każdy. Klasyka kina w genialnej obsadzie, wykończona wybitnym dźwiękiem. Dzieło wszechczasów kolejnej recenzji nie potrzebuje. Po książkę Mario Puzo sięgnęłam niedawno. Czytałam kolejne strony z coraz większym zainteresowaniem. Zaczęłam przypominać sobie sceny z przeszłości, które przypominały momenty z życia Corleone. Słyszeć ponownie rozmowy dyktowane przez strach. Czuć zapach bezsilności i zawodu. Kilka historii zostanie w mojej głowie na zawsze. Ludzie, z którymi dzieliłam życie na różnorodnych płaszczyznach, jak i zakodowane zdarzenia zmieniały mnie bezpowrotnie. Nauczyły udawać. Zabiły szczerość i spontaniczność. Mocno unieruchomiły zrywy gorących emocji. Niestety nie unicestwiły naiwności, która do dziś przysparza kłopotów… Zdecydowanie jednak wiem, że jestem inna. Nie wiem czy taka jak bym chciała, ale inna…

     Po lekturze opowieści o nowojorskiej rodzinie mafijnej, oraz własnych doświadczeniach – zrozumiałam, że to w świecie pozornej patologii panują zasady godne naśladowania. Nie ma w nim miejsca na półśrodki i kompromisy. Dekalog postepowania jest jasny, konkretny i niezmienialny. Honor, słowo, prawda – cechuje ludzi poważanych i odpowiedzialnych. Odpowiedzialnych za swoje postępowanie – niezależnie od konsekwencji. Dojrzałych na tyle, aby respektować twarde reguły gry rzeczywistości, która aksamitna nie jest…

     Ilu ludzi honoru znam w realnym świecie? Ilu słownych, prawych i niezakłamanych? Za mało… o wiele za mało. A już najbardziej paradoksalne jest to, że tych, których charakteryzują te cechy nie wyróżnia pochodzenie z środowiska uznanego społecznie za poważane i przykładne…

     Biznesmeni, dyrektorzy, profesorowie, menadżerowie, prezesi, szefowie… pozornie wybrańcy losu. Pozornie wygrani, wybitni, lepsi… Właściciele domów z ogrodami, oszklonych apartamentów, czarnych plastików, garniturów na miarę i zegarków z dedykacją – od fałszywych przyjaciół. Ludzie sukcesu – znający gorące plaże Rio, smak homara i mruczenie lamborghini… Ubrani w idealnie białe uśmiechy, sprzedający hojnie zaplanowane uściski i komplementy. Usztywnieni grą, z jakiej nie zrezygnują – nawet za cenę własnego ja, godności czy rodzinnego ciepła…

     Wbijają sobie sztylety w plecy, obsypują trucizną kłamstwa, topią w przekupstwie, żeby tylko wyprzedzić się nawzajem… Zdeformowani przez obłudę. Pokurczeni przez kompleksy. Zakażeni rządzą posiadania, władania, decydowania. Owrzodzeni strachem przed utratą materialnych zbytków. Zblazowani. Paranoicznie cyniczni, niezdolni do uszanowania relacji międzyludzkich i wewnętrznych emocji… Gwałcący wszystko, co dobre, mówiący coraz mniej dla usprawiedliwienia najgorszego.

     Ostatnio zmieniłam w swoim życiu parę rzeczy. Wykreśliłam z notesu wiele danych. Powiedziałam słowa, które długo ważyłam w głowie. Zrobiłam rzeczy, których chciałam uniknąć, ale niestety nie byłam w stanie. Zapamiętałam z książki wiele zdań, które przypominam sobie często, kiedy nie wiem jak postąpić. Mówię je sobie na głos, żeby nigdy nie zapomnieć i żałuję, że nie znają ich wszyscy. Potrafię „Składać propozycję nie do odrzucenia”. „Trzymam swoich przyjaciół blisko, ale jeszcze bliżej trzymam swoich wrogów”. „Nigdy więcej nie wyjawiam przy osobach spoza rodziny, co myślę”. „Rozumiem, kiedy sprawy dotyczą interesu i nie ma w tym nic personalnego”. Wiem, że „Jeśli jest w życiu coś pewnego i jeśli historia czegoś nas uczy to tego, ze każdego można zabić”…

     Miałam okazję poznać dotychczas wiele wyjątkowych Osób w swoim życiu. Z różnorodnych środowisk, klas, krajów, kultur. O antagonistycznych poglądach. Skrajnych zasadach. Specyficznych wierzeniach. Najbardziej zawiedli mnie Ci wybrańcy losu. Najmocniej zranili i oszukali Ci, którzy najgłośniej deklarowali pozytywne wartości i wzniosłe idee. Najdotkliwiej oszukali elokwentni erudyci, wykształceni inteligenci i zatopieni w sukcesie zwycięzcy. Mówili słowa bez pokrycia, kłamali prędzej niż można oddychać, knuli za plecami a nawet często łgali patrząc prosto w oczy… Najwartościowszych ludzi, jakich szanuję poznałam absurdalnie przypadkowo. To ludzie z marginesu społecznego, z patologii, którą tak bardzo lubimy wytykać palcami. Osoby, które od zawsze musiały walczyć o siebie i liczyć tylko na siebie. Przez lata przekonywałam się, że to właśnie im mogę ufać. Mogę powierzyć nie tylko tajemnice, ale i sprawy większej wagi, a dane słowo będzie obowiązywać bez umów i ingerencji skorumpowanego prawa. To ludzie z patologii uczą mnie dekalogu życia, pokazują właściwe drogi i tłumaczą, co jest słuszne i dlaczego. Oni nie mówią za wiele, nie obiecują, nie posługują się wyszukanym słownictwem. Są jednak odpowiedzialni za każde słowo. Są świadomi swoich zachowań i jeśli posiadają więcej niż inni – nie jest to groteskowo eksponowane.

     Chciałabym umieć cieszyć się z tego, co mam, mimo przeciwności losu. Chciałabym doceniać drobne szczęścia, jakie często lekceważę. Nie skupiać się na posiadaniu, gromadzeniu. Posiadać umiejętność właściwej oceny prawdy, niesprawiedliwości i zła.

    Muszę się jeszcze dużo nauczyć od… często milczących

                                                                              …ale szczerych Przyjaciół…