Przegrane marzenia

      Ciepły czerwcowy dzień. Sobota. Rozpoczęliśmy go wycieczką rowerową. Jazda po parku i okolicznych osiedlach sprawiała Młodemu zawsze wiele radości. Jechaliśmy obok siebie, czasem pozwalałem mu prowadzić nasz peleton. Z jego twarzy kapała radość. Z mojej identycznie. Jechałem wyprostowany, spokojny, szczęśliwy. Dumny z mądrego syna, który był we mnie od lat zapatrzony. Coraz bardziej do mnie podobny. Nie tylko wizualnie. Po trzech godzinach zaparkowaliśmy pojazdy w wózkowni.

„Chcesz iść do kina po obiedzie?” – zapytałem.

„Wolę zostać w domu i pograć w coś z Tobą.”

Lubię gotować, więc razem przyrządziliśmy solidne porcje mięsa. Na deser ulubione lody czekoladowe. Zaspokojeni kulinarnie siedliśmy do gier. Bawiąc się możliwościami PS3 walczyliśmy na zaklęcia, odkrywając nowe zakamarki Hogwartu. Serce mi rośnie za każdym razem, kiedy dostrzegam jak Mały uczy się nowych rzeczy. Bystrość i inteligencję chyba odziedziczył po mnie. Podobnie reaguje. Schlebia mi jak stara się mnie naśladować. „Alex, ładna pogoda – zmierzymy się na rzuty do kosza. Szkoda siedzieć w taki dzień w domu”. Za kwadrans odbijaliśmy na zmianę pomarańczową kulkę po chodniku, kierując się na pobliskie boisko. W odpowiednich strojach – ma się rozumieć. Kosz to nie zabawa, a poważne wyzwanie.

Spoceni i brudni wracaliśmy wolno do domu. Słońce zaszło i nie chciałem, żeby mój sparing partner zaniemógł pokonany przez katar. Rewanż ustaliliśmy na następną sobotę. Czas ten sam. Szliśmy zadowoleni z wspólnie spędzonych chwil. „Tato, mogę u Ciebie zostać? Nie odwoź mnie dzisiaj do mamy.”

Poczułem się jak totalny frajer. Jak bezsilna, krucha pacynka, która może poruszać się dzięki pociąganiu za sznurki. Lepiej dostać w pysk od kolesia, niż usłyszeć takie pytanie od własnego dzieciaka i musieć odpowiedzieć: „Bardzo bym chciał. Przykro mi Junior, ale muszę Cię odstawić do mamy zgodnie z ustaleniami.” Nie musiałem więcej nic mówić. Chłopak pokiwał głową ze zrozumieniem i smutkiem. Z takim żalem, że nie mogłem opanować oddechu i robiłem wszystko, żeby się przy nim nie poryczeć. W czasie jazdy samochodem do nowego domu ex starałem się go rozbawić i ustalić plan na następne spotkanie. Szło to opornie. Na pożegnanie to on poklepał mnie po ramieniu – jakby chciał powiedzieć – „Nie martw się, jakoś to będzie”…

W pustym domu długo siedziałem po ciemku w pokoju Syna, który urządziliśmy na jego odwiedziny. Syn odwiedza ojca. Jakie to chore, a jakie nie do zmiany. Wszystko ustalone na rok do przodu jak w rozkładzie jazdy MPK. W lustrze wiszącym w holu mignął mi luzer. To ja…

*

Bez farta

      Dotykałem jej dłoni delikatnie. Patrząc jej w oczy i słuchając co mówi, nie rejestruję nic innego z otoczenia. Wszystko mi w niej pasuje. Smak, zapach, charakter, osobowość. Czasem bawiłem się w szukanie wad, ale oblewałem to zadanie. Jest filigranowym uosobieniem spokoju i delikatności, a ja szczęśliwcem, którego obdarzała zainteresowaniem i uwagą. Sprawiała, że czuję się ważny i wyjątkowy. Nikt inny wcześniej nie miał na mnie wpływu. Nikogo się nie słuchałem. Z nikim nie liczyłem. Jej łagodny wyraz twarzy i cierpliwość obudziła we mnie innego człowieka. Będę jej za to wdzięczny do końca życia. Sprawiła, że zacząłem czuć rzeczy, w które nie wierzyłem. Przestałem chcieć być zły. Nie wiem jak ja się jej za to odwdzięczę. Proste sprawy tłumaczy mi jak małemu chłopcu. Zresztą, taki właśnie się przy niej czuję. Mogę siedzieć obok i nic nie ma znaczenia. Wszystko, czego potrzebuję, to jej obecności i oddechu, który miarowo kołysze piersi.

    „Za pięć minut koniec widzenia.” Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Krew spanikowała w żyłach. Rozglądnąłem się w popłochu po sali. Tej samej od kilku lat. Za dokładnie pięć minut ona wyjdzie i zobaczymy się za kilka tygodni. Chcę coś zrobić. Szukam ratunku. Patrzę na jej twarz, ale widzę tylko spokój. Ona z mojej czyta ból, bezsilność. I wstyd, że nie wyjdziemy razem, że nie zaśniemy wspólnie. Może uda się to za kilka lat. Pożegnanie boli bardziej niż śmierć. Złość na siebie, nie może być większa. Idę wolno do celi, w której udaję, że wszystko w porządku, a ja wrócę do gry. Zmierzam do miejsca, gdzie się okłamuję, że jeszcze nie wszystko stracone, a to tylko chwilowy przystanek.  Chcę uwierzyć, że pauzuję na ławce rezerwowych.

*

Nieudacznik

      Ehhh. My faceci… Powodów to hołubienia ego, nigdy nam nie zabraknie. Przeskakujemy z tematu na temat jak małpy w gąszczu splatanych lian. Nowinki techniczne: o motoryzacji, przez gadgety, do usprzętowienia swojego otoczenia, można gadać bez przerwy. Pozycja zawodowa:  jakby siąść z boku – same sukcesy. Jeden przez drugiego chwali się podwyżką, zmianą stanowiska, czy rozwojem poletka, które samodzielnie uprawia. Kobiety –no, tu widać wyraźnie, że kosmos się konsekwentnie rozszerza. Sporty, aktywność fizyczna, liczne hobby, kolejne plany i cały stos popisowych numerów

      Weekendowe spotkania, wypełnione są plotkami o nieobecnych i przechwałkami, jak komu idzie idealniej. Kolejne zdobycze. Przyszłościowe podboje. Konsumowanie. Korzystanie. Rozszerzanie swoich horyzontów i sięganie po nieustannie nowe owoce.  Po kilku godzinach w towarzystwie moich kupli, wiem wszystko. Co, gdzie, jak, z kim. Za ile. Po co. Mam okazję poznać największe tajemnice współczesności, jak i najcenniejsze rady, do których mam się natychmiast zastosować. Mam szansę obcować z wyroczniami i wzorami.  To oni wyznaczają kolejne trendy. Oni wypuszczają króliki do gonienia.

      Wracam nad ranem skatowany, jak po świętach z byłą teściową. Na klatce, szukam nerwowo wielkiego klucza do starych drzwi. Staram się możliwie najciszej, wtłoczyć ciało do ciemnego wnętrza. Oświetlam drogę telefonem. Nie chce nikogo obudzić. Krótka wizyta w łazience i bez prysznica wsuwam się w pościel. Robię tak, aby nie obudzić ojca, który śpi obok.  Słyszę świszczący oddech płuc palacza. Po moich życiowych decyzjach pozwolił mi zamieszkać w swojej odwiecznej kawalerce. Po porażkach, które udupiły mnie na zawsze, nie mam możliwości, ani na kredyt, ani na odbicie się od dna. Drepczę teraz, jak grzeczna mróweczka w światku, który zawęził mi się do fabryki i tego miejsca. Spotkania z kolegami wyrywają mnie na kilka chwil do rzeczywistości, której już prawie nie pamiętam. Wypluła mnie jak przeżuty kęs. Bezpowrotnie. Poczucie winy i wstyd zgniótł we mnie wiarę w cokolwiek. Coraz rzadziej ulegam namowom, na te celebrowane od studiów męskie noce. Milczę na nich. Słucham tępo. Nie mam przecież nic do powiedzenia.

      Ilu jest takich luzerów? W rodzinie. W gronie przyjaciół. W pracy. Wśród sąsiadów? Czy jest, chociaż jedna osoba na świecie, która nigdy nie czuła się jak przegrana? Nie została skopana przez życie mimo starań i asekuracji? Czujności, ostrożności i stateczności? Czy są ludzie, którzy nie znają uczucia porażki?

     Niektórzy luzerzy z dobrą miną starają się pozostać w grze. Inni nabierają większego rozpędu pchani przez falę wiary. Są pewnie i tacy, którzy się poddali i zawiesili w trwaniu bez nadziei. Bycie przegranym, czy pokonanym wpisane jest w nasze życie. Jest konsekwencją podejmowanych wyborów. Wynikiem relacji z napotkanymi osobami. Pragnienia, cele, marzenia wiążą się z ryzykiem porażki, która postawi nas w szeregi przegranych.

Czy na jakiś czas, czy na zawsze zależy już tylko…

                                                                                           …od nas samych…