Wiele lat zastanawiałam się nad wyprawą do Lasu Samotności. Tysiące razy byłam już gotowa do znalezienia tej okrytej wieloma tajemniczymi opowieściami krainy, aby kolejny raz zrezygnować. Kilku moich przyjaciół było w tym odległym miejscu. Kilku jak ja – nie potrafiło od dawna podjąć ostatecznej decyzji. Powody rozterek były różnorodne. Zależne były od osobistych oczekiwań i wewnętrznych batalii, które trawiły nas nieustannie. Ci, którzy wrócili z lasu samotności – zostali bezpowrotnie odmienieni. Ci, którzy dopiero planowali do niego wejść – wiedzieli, z czym to będzie związane.

      Pierwszy raz poważnie zaczęłam interesować się lasem samotności po tym jak runął mój siedmioletni świat budowany z Oliwierem. Niespodziewany tajfun zdmuchnął nasze królestwo, które okazało się nietrwałe jak filmowa scenografia, będąca tylko chwilowym otoczeniem stworzonym do nakręcenia kilkuminutowej sceny. Dla kinowego widza, jest to istniejąca rzeczywistość, w której toczy się życie głównych bohaterów. Dla aktorów to tylko miejsce odgrywania scen – demontowane z chwilą okrzyku reżysera – koniec zdjęć! Mamy to! Mój świat został zdemontowany, kiedy byłam w środkowej scenie. Nagle otoczyła mnie pustka. Zniknęły znajome pokoje, budynki, ogródek i znajomy powiew z nad pobliskiego jeziora.

      Przytłoczona pustką zaczęłam szukać ludzi, którzy mogą mi opowiedzieć o lesie samotności. Dotarłam do nich bez problemu. Długo o tym rozmawialiśmy. Przestrzegali mnie, żebym porzuciła ten pomysł. Namawiali do zbudowania innego świata, gdyż za młoda jestem na wizytę, do którego nie dociera słońce. Przekonywali, że za wcześnie na rezygnację i wybór życia bez emocji, miłości, czy nadziei. Posłuchałam ich i nie żałuję, bo po jakimś czasie okazało się, że mieli racje. Przez kilka lat odbudowywałam świat, który systematycznie stawał się miejscem, które pokochałam i o które chciałam walczyć. I walczyłam. Nawet jeszcze kilka lat po tym jak usłyszałam, że trzeba poskładać rekwizyty – bo prozaiczne „nie kocham cię już. Nic nie mogę na to poradzić” brzmiało jak „Koniec zdjęć! Skręciliśmy całość!” Akcja filmu skończyła się ponownie w miejscu, którego nie chciałam. Nie przewidziałam. Nie zaplanowałam. Nic nie mogłam na to poradzić, poza pogodzeniem się z faktem, iż nie mam wpływy na czyjeś uczucia. Mogę rozporządzać tylko swoim sercem.

     Postanowiłam odszukać mroczne knieje i na zawsze zmienić swoje życie. Od przyjaciela, który był tam w zeszłym roku dostałam rozrysowaną mapę dojazdu. Przed pożegnaniem poprosił tylko, abym jeszcze raz dokładnie to przemyślała , bo do Lasu Samotności wchodzi się tylko raz. Tylko jeden raz można go zobaczyć i stąpać w nim po śliskim podłożu, miedzy wysokimi drzewami, na których wielu ludzi pozawieszało swoje emocje, aby już nigdy nie czuć zranienia i odrzucenia. Po wyjściu na polanę wraz z przekroczeniem granicy, jaką wyznacza ostatnia sucha gałąź – las staje się niewidoczny. Znika jak pozostawione w nim uczucia, które były przyczyną dotychczasowych upadków, porażek i łez.

     Nie miałam żadnych wątpliwości. Byłam zdecydowana. Nie mogłam się już doczekać chwili, kiedy zobaczę Las Samotności, żeby pozbawić się tego, co ciążyło mi nie do zniesienia. Chciałam dotrzeć przed nocą, więc jeszcze przed wschodem słońca ruszyłam w podróż, o której rozmyślałam wiele lat.

      Mapa była na tyle precyzyjna, że bez problemu znalazłam polanę, która graniczyła z lasem. Z lasem… Nie raz wyobrażałam sobie to miejsce. Każdy opowiadał o nim w inny sposób. Słyszałam, że każdy z wędrowców, którzy chcą go odwiedzić widzi go w inny sposób. Oczami własnej duszy. Niektórzy opowiadali, że chodzili miedzy szklanymi drzewami, które były niebezpiecznie ostre i kaleczyły przybyszów swoimi kolczastymi gałęziami. Inni mówili o metalowych roślinach, które swoją zimną i nienaturalną strukturą przerażały. Były też lustrzane lasy, które doprowadzały do obłędu odbiciami przeszłości widzianymi na wielkich pniach i miliardach liści. W żadnym jednak nie było zwierząt.

     Mój las szumiał zielonymi koronami. Pachniał miękkim mchem, który rozpościerał się niczym utkany z najdelikatniejszych tkanin dywan. Zdjęłam buty, schowałam je do samochodu, który zaparkowałam na polanie i boso, bez obaw weszłam do Lasu samotności, który przypominał najpiękniejsze skupisko roślin – jakie sobie można wyobrazić. Piękne drzewa delikatnie się kołysały. Gałęzie huśtały soczyste liście płynnym miarowym rytmem. Oszołomiona przyglądałam się kolejnym i kolejnym fragmentom tego cudownego majestatu. Wszystko było jak w innych znanych mi lasach, do momentu, kiedy spostrzegłam w oddali drzewo na którym zawieszona była jakaś srebrzysta materia. Podeszłam zaciekawiona bliżej. Na wysokiej gałęzi zaczepiona była półprzezroczysta powłoka – jakby utkana z malusieńkich kryształków, czy kropelek – niewidoczną nicią. Jej struktura była mi nieznana, a kształt zmieniał się nieustannie – raz przypominając skrzydła, raz będąc jakby dłonią, aby przemienić się w kolejną formę.

– Witaj, jestem nadzieją Colina. Zostawił mnie tu jak się dowiedział, że jego żona jest w ciąży z jego najlepszym przyjacielem.

     Zamarłam. Więc to tak wygląda. Zaniemówiłam. Nie mogłam zebrać myśli. Patrzyłam bez słowa, ruchu i pewnie oddechu w górę, gdzie materia była teraz okiem – patrzącym na mnie z zaciekawieniem.

– Przyjechałaś tu zostawić swoją nadzieję. Musisz tylko wybrać drzewo. Ono jeśli będziesz zdecydowana sięgnie gałęzią do twojego serca i wydobędzie z ciebie nadzieję, która zawiśnie jak ja na zawsze w lesie samotności. Musisz jednak wiedzieć, że wychodząc z kniei bez niej – już nigdy nie pokochasz. Nie będziesz czuć, płakać, ani cierpieć. Nie będziesz też jednak w stanie z nikim żyć, bo wybierzesz otchłań samotności, w której się już dozgonnie zatopisz. Nie dasz się więcej zranić, nie pozwolisz nikomu się skrzywdzić, ale wszelkie uczucia wyższe również będą dla ciebie niedostępne. Staniesz się nieczuła i zimna. Będziesz na zawsze obojętna. Jesteś na to gotowa?

– Myślę, że jestem. Nie chcę więcej czuć tego, co tak boleśnie mnie niszczy. Nie chcę już nikomu więcej zaufać i otworzyć swojej duszy wystawiając ją na ryzyko zbrukania i upodlenia.

– Zanim wybierzesz drzewo i wyszeptasz pożegnanie z nadzieją spędź tu trochę czasu i poznaj innych ,,domowników’’. Rozejrzyj się, nie spiesz z decyzją, bo jest ona nieodwracalna. Może poznasz takie nadzieje, które wcale nie były stracone i nie powinny tu pozostać. Sama musisz zadecydować. No idź już!

      Skinęłam tylko głowa i nadal oszołomiona poszłam dalej przed siebie.

     Nadzieja Colina miała racje. Po kilku godzinach spacerowania między łopoczącymi na drzewach nadziejami – miałam mętlik w głowie. Chloe zostawiła swoją nadzieję, po niezdanych egzaminach do szkoły baletowej. Louve nie potrafiła poradzić sobie ze zdradami partnerów. Jim wybrał drzewo po tym jak stracił rodzinę w wypadku samochodowym. Roxy po przegranym procesie z rodziną o spadek. Jony zdecydował się na ten krok – kiedy dowiedział się, ze ma raka. Z jego nadzieją rozmawiałam najdłużej i ona dała mi wiele do myślenia. Jako nieliczna wydawała mi się na właściwym miejscu. Im więcej poznawałam historii tym smutniejsza chodziłam po miękkim mchu.

      Czy ja tak naprawdę nie chcę już czuć? Tak, wiem jak boli porażka i bezsilność, ale czy chce być na wszystko obojętna? Czy moja nadzieja powinna tu zostać? Czy ktoś po rozmowie z nią przyzna mi rację? Nie jestem chora. Nie straciłam w wypadku dzieci. Nie dotknęła mnie tragedia, z której nie ma wyjścia. Pozwoliłam się zranić, bo zaufałam niewłaściwym osobom. Fakt. Mój powód dla którego tu jestem jest taki, że nie boję się iż nie powinnam nikomu ufać, gdyż nawet czujna i ostrożna po jakimś czasie jestem beznadziejnie naiwna. Czy to jednak wystarczający powód na dozgonną samotność i brak emocji? Znowu się nad tym zastanawiam. Kolejny raz kręcę się w miejscu! Cholera jasna! Ile już lat się nad tym zastanawiam! Dość!

      Rozejrzałam się i wybrałam drzewo. Rozłożyste, potężne, wysokie. Stanęłam przed nim i poprosiłam o zabranie nadziei. Drzewo szeptem spytało, czy jestem pewna. Potwierdziłam. Górna gałąź pochyliła się nade mną a jej czubek przeniknął przez ubranie i skórę – w głąb ciała. Unosząc się z powrotem w górę miała na swoim końcu srebrzystą materię, która smutnie na mnie patrzyła. Nie byłam w stanie pojąć dlaczego jest smutna i co ode mnie chce. Spojrzałam obojętnie i szybko odeszłam. Zrobiło mi się zimno. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do auta i domu.

      W drodze powrotnej zastanawiałam się, co mam ochotę zjeść, bo czułam jakiś dziwny głód. I spokój. Czy czułam? Byłam spokojna, ale nie czułam już nic poza podstawowymi potrzebami…