To był bardzo ciężki czas. Długa i niezwykle wysoka fala niepowodzeń. Trwało to i trwało. Coraz gorzej radziłam sobie z kolejnymi porażkami. Coraz szybciej opadałam z sił, stając w ringu z życiem. Pojawiało się zniechęcenie, dręczyła bezsilność. Za często moim gościem był smutek. Bezustannie zalewały mnie coraz mocniejsze wodne kaskady. Czasem w ostatnim momencie udawało mi się zaczerpnąć powietrza i jeszcze rozpaczliwie dryfować. Jeszcze żyć… Sprawy niebezpiecznie się piętrzyły. Kotłowały, jak zdradliwe wiry, chcące pochłonąć na zawsze – następną ofiarę.

     Od miesięcy sypiałam źle. Morfeusz widząc, co się dzieje, tylko bezradnie kiwał głową. Czułam, że zapadam się w sobie i nie potrafiłam znaleźć ratunku, wyjścia, pomocnych dłoni, które, kiedy tak były potrzebne, pochowały się – zadziwiająco zgodnie. Napływały do mojej głowy coraz gorsze myśli. Zaczęły przypływać z kolejnymi falami niebezpieczne pomysły. Rozwiązania – jeszcze tak niedawno – odrzucane absolutnie. Walcząc z instynktownymi cechami, które kazały działać, zatracając się coraz głębiej w samotność – ustępowałam bezsilności.

     Pewnego niedzielnego ranka, kiedy nie miałam po co i gdzie pójść, kiedy docierały do mnie realne zagrożenia i konsekwencje decyzji, jakim byłam wierna – powiedziałam dość! Postanowiłam odwrócić lustro i zakopać zasady. Zapomnieć o prawdzie i zagrać regułami rzeczywistości, która topiła mnie bezlitośnie od dawna. Zaczęłam obmyślać plan własnej zdrady, własnego istnienia. Honoru. Chciałam przetrwać, a nie udawało się to w zgodzie z ideałami. Starałam się nie widzieć wyrzutów sumienia. Nie słuchać podpowiedzi serca. Nie dyskutować z wartościami, które nie chciały dać się zmazać. Nie wiem dokładnie, co chciałam zrobić. Układałam wiele scenariuszy zabicia siebie i wizji przetrwania. Nie miałam pojęcia, na ile jestem w stanie podeptać własną duszę, żeby dalej móc pływać w zdradliwych wodach.

     Przyszła do mnie nocą. Widziała, że nie śpię. Siadła obok. Chwilę milczała, po czym przemówiła :

– ,,Wiesz kim jestem?’’

– ,,Wiem’’. – odpowiedziałam, bez lęku i zdziwienia.

– ,,Zanim zaprosisz Hańbę do swojego życia, porozmawiajmy. Zanim się na to zdecydujesz, chcę żebyś wiedziała, że już nigdy się nie rozstaniemy. Zostanę z Tobą na zawsze. Nic mnie nie zmyje…”

– ,,Dobrze’’ – odpowiedziałam. Usiadłam obok niej, gotowa na rozmowę. Patrzyłyśmy sobie w oczy i rozmawiałyśmy przez wiele godzin. Dyskutowałyśmy o wielu ważnościach. Rozpatrywałyśmy niezliczone ilości sytuacji i możliwości. Opowiedziała mi kilka historii. Przypomniała kilka moich z przeszłości. Była stanowcza, ale spokojna. Rzeczowa, ale smutna, jakby żyła ,,niewybranym’’ istnieniem, jakby walczyła z pokutą, której nie może zostawić. Z klątwą, od której nie ma ucieczki.

     Dyskutowałyśmy m.in. o Vivienne, która zostawiła swoje malutkie dzieci z mężem, dla lepszego życia u boku bogatego, starszego biznesmena. Obie wiedziałyśmy, co można było wyczytać z oczu jej dzieci – każdego dnia, w każdej chwili… bez końca. Mimo milczenia – cała rodzina cierpiała z powodu pokruszonych serduszek, które w rozpaczy – zamknęły się na radość i nadzieję. Po 9 latach zamożny boss wyrzucił Vivi i zapragnął młodszej partnerki. Przegrana, zniesławiona i z poczuciem klęski, czasem z daleka obserwowała dorastające córki i męża, który poświęcił im wszystko. Żyjąc z hańbą, nie potrafiła wrócić, nie była w stanie spojrzeć im w twarz.

     Rozmawiałyśmy o Krisie, który latami okłamywał cały świat, dla zdobycia sukcesu, będącego jego obsesją. Sprzedawał siebie. Swoje słowo, zasady, przyjaciół, rodzinę. Nie miał żadnych skrupułów, zasad, zahamowań. Nie istniały granice jego podłości. Obawiając się panicznie kompromitacji i upokorzenia nie cofnął się przed najbardziej okrutnym eliminowaniem zagrażających mu osób. Strącał je – jak przegrane pionki, byle tylko pozostać w grze. Nie mogąc poradzić sobie z odbiciem hańby, która patrzyła na niego z każdego lustra, na 45 urodziny wyskoczył z tarasu apartamentu, który dla podkreślenia prestiżu – zakupił na najwyższym piętrze.

     Historii, które wyszeptałyśmy tej nocy z Hańbą było wiele. Wylewały się z nich łzy, ogrom krzywdy i bólu. Przepełnione były winą i pragnieniem odwrotu. Błaganiem o cofnięcie czasu. Staraniem zapomnienia i wyrzucenia z siebie jej ciężaru, której nie sposób było się pozbyć. Każdy z nas, zna kilka innych przykładów z własnego doświadczenia, czy z obserwacji innych. Wyjątkowy Gość przypomniał mi parę momentów z przeszłości, które dotyczyły moich wyborów. Decyzji, które podejmowałam, mimo niepewności i wewnętrznych sprzeczności.

     Hańba pokazała mi kilka możliwości. Uświadomiła jednak konsekwencję. Uzmysłowiła jak było blisko, żebyśmy od dawna były razem. Powiedziała, że jeśli będzie musiała – przyjdzie do mnie i nigdy mnie już nie opuści, jednak nie chce tego robić. Woli więcej się nie spotkać. Kończąc to zdanie zniknęła, a ja zasnęłam dziwnie spokojnym snem. Snem czystym, lekkim, bez dręczących myśli. Snem odpoczynku.

     Rankiem, myśląc o rozmowie z Hańbą byłam wdzięczna za tą wizytę.  Po tym spotkaniu wiedziałam, że lepiej utonąć, niż dryfować w Jej objęciach, za cenę nic niewartego istnienia…

     Za każdym razem, kiedy było naprawdę ciężko przypominałam sobie o naszym spotkaniu. To pozwoliło mi przetrwać najtrudniejsze momenty i dopłynąć do miejsca, gdzie woda przestała się burzyć i fale złagodniały. Uspokojona powierzchnia połyskiwała w blasku promieni, na jakie coraz częściej napotykała.

                                                        …Warto czasem szczerze porozmawiać z Hańbą…