Moje życie jest potwornie niepoukładane. Nieprzewidywalne, niestabilne i przewrotne. Czasem wydaje mi się, że to historia, której się tylko przysłuchuję, ale niestety, szybko z tych marzeń wyrywa mnie bardzo realne grożenie palcem. Kiwają mi znacząco palce ręki należącej do: rodziny, urzędników, pracodawcy, czy nawet obcej babci w parku straszącej mandatem od Straży Miejskiej, gdy mój pies biega „po zielonym” niespętany, bez kagańca.

     Żyję w rzeczywistości, w której bez pieniędzy nie można nic. Nie ma zbiorów w ogródku i kurki, która skubie za domem darmowe robaczki. Nie ma domu, który kosztuje tyle, co opał, remonty, czy nieodzowne sprzątanie. Wszystko, ale to dosłownie wszystko, co mnie otacza – wrzeszczy ceną. Nie istnieje nic, co dostanę bez wprowadzenia PIN-u i potwierdzenia zielonym. Nic!

    Kosztuje jedzenie, odzienie, pranie, poruszanie się, oddychanie, trawienie, chorowanie, kochanie, pracowanie, rozmawianie, rozmnażanie… nawet cisza kosztuje. Urzędy, opodatkują „łosi” kilka razy za to samo. „Zgłoś, że coś masz a my ci to zabierzemy, jak nie w całości to w połowie!” – powinno wisieć na każdym kroku. Za moją syzyfową pracę, ZUS pasie swoich głównych dyrektorów, tam gdzie nie umiem sobie nawet wyobrazić. Wyjście do sklepu – koszmarne trwonienie czasu w korku i mimo korzystnych cen biedronkowych – i tak nieosiągalnie dla wszystkich wydatki. Moje mieszkanie w kredycie, równa się takie drugie dla banku – odsetki nie są policzone przypadkowo – jakie kupisz sobie – takie bank dostanie w lichwie. Dzieciak patrzy na ciebie z wyrzutem, jeśli przyniesiesz coś niefirmowego, co ma dotykać swoimi nowoczesnymi członkami. Pies, nie je już kości i resztek jedzenia, tylko ultra przetworzoną karmę, dostosowana do jego potrzeb, po których kupa, ma być dokładnie taka, jak w reklamach. Cena paliwa sprawia, że stacja benzynowa, jest trzecim, co do częstotliwości odwiedzanym przeze mnie miejscem. Po musowej fabryce i biedronce. Jeśli grzecznie płacę raty, to bank mnie nie wzywa, ale wiem, że ma swoje windykacyjne i komornicze hieny, które już kilka dni po ewentualnym spóźnieniu wypuszcza z klatek.

       Moje życie, jest kinowym „matrixem”, tylko, że ja seans mam 24-ro godzinny. Toczy się najrealniej jak można – bez obcisłego ubranka Trinity. Nie jest mi ono potrzebne. Okulary zresztą też nie. Moja sprawność fizyczna, w porównaniu z filmowymi bohaterami – mocno kuleje, ale robię, co mogę. Za sport muszę jednak słono płacić. Mimo, że mam karnet, pani w designerskiej recepcji, podtyka mi po 16- stej terminal do dopłacenia, za już zapłacone. Niech tylko zapomnę wody, to na siłowni… coś, co wcześniej było za darmo, teraz w plastikowej butelce 0.5l kosztuje – 6 PLN. Na sali spotykam zniewieściałych sterydów, w kolorowych metkowych strojach. Nie mają nic poza autem na wypucowanych feluniach i mięśniami, które sobie kupili przeróżnymi specyfikami. Nie mając nic ponad te dwa czynniki, stoją godzinami przed zaparowanymi lustrami i przechwalają się tym, czego nigdy nie będą w stanie mieć. Współczuje im jednak, bo wiem, że faceci nie mają teraz lekko. Niby równouprawnienie, niby każdy teraz ma być samodzielny i niezależny, ale niech tylko koleś nie ma kasy – staje się przezroczysty. Solarowe tipsiary, nie patrzą na intelektualne walory. Co by nie mówić to nie tylko one mają takie preferencje, chociaż większość kobiet wypiera się tego jak nadwagi. Krygują się na samarytanki, ale „look na gold card” jest obowiązkowy. Dopracowany do perfekcji jak każde kłamstwo, które wyszeptują ich silikonowe, systematycznie oblizywane wargi.

      Weekendy kiedyś mijały na grillach, spacerach, wyjazdach do lasu, na działkę, do babci, do cioci, czy do znajomych z innego miasta. Teraz, w tygodniu, jest taka ilość pracy, że wracam z roboty po 2 godzinach tarasowania sobie drogi po zapchanych ulicach przed zmrokiem. Mam tak wszystkiego dość, że na weekend gromadzę siły, żeby z innymi więźniami systemu, bez mimiki, bez emocji, prawie bez życia – ładować w druciaste kosze, produkty do prania, konsumowania, ubierania i rozrywkowania. Rozrywka – to więcej alkoholu. Na weekend skondensowane procenty. Inne uciechy są tylko droższe. Kino stało się ekskluzywnym posiłkiem dla duszy, teatr, wręcz nieosiągalną fanaberią, a koncert na żywo, czy operze – skreślonymi pozycjami w planach.

     Za wszystko trzeba płacić, to niby jest jasne i oczywiste, bo sami sobie świat na mamonie oparliśmy, ale „coś” jest coraz bardziej nie tak. Gdzie się nie ruszę, każdy tylko biadoli i utyskuje. Zauważam prawidłowość, że im więcej ktoś ma tym poważniej się tylko zadłuża. Ma pozornie, bo wszystko gruzuje go kosztami utrzymania, posiadania, możliwością korzystania. Widzę coraz wyraźniej, że zamiast nam lepiej – to gorzej. Im więcej tym mniej. Im bliżej tym dalej. Jakby niewidzialne siły miały nam marchewkami przed nosem machać dozgonnie.

    No właśnie… a kto zapłaci za trumnę, jak już ja nie będę w stanie przed ostatnim tchnieniem wklepać PIN-u? Chyba trzeba te cztery magiczne cyfry wpisać w testament i w kopercie złożyć plastik, żeby czasem komornik nie wysłał nas do zbiorowej urny. Zaraz się tym zajmę. Teraz jednak muszę zatwierdzić kilka poleceń zapłaty i jechać do outletu z latoroślą, po akcesoria do snowboardu. Dzieciak wyjaśnił mi, że to najtańszy sport, bo inni mają konie, słonie, motory, łódki…eh… Taki gadżet jak deska, wiązanka, czy gogle, to pikuś, za który chętnie zapłacę przy kasie, zatwierdzając enterem zakupy. Później będę się drapać w głowę, co powiem we wtorek jak przyjdzie mi zapłacić ratę za TV a jeszcze później siądę nad monitem, dotyczącym spłaty ostatnich wakacji na Sri Lance.

    Moje życie to studnia, która wymaga systematycznego nawadniania. Istnieję, dopóki ją uzupełniam wpływami na konto. Ile sił wystarczy muszę odkopywać się z coraz grubszej sterty rachunków, jakie wiążą się z egzystencją na tej wspaniałej planecie. Za wszelką cenę nie mogę pozwolić studni wyschnąć, bo wtedy ratuje mnie tylko…

                                                                                  …czapka niewidka…