„Miłości nie udowadnia się słowami”. Mikołaj Gogol

      Padało od kilku dni, nadąsane niebo zarażało swoim nastrojem sporo istnień. Przyszłam wieczorem do pokoju matki, kiedy w jej saloniku, gdzie ukrywała się przez większość dnia, panował już półmrok. Zawsze była oszczędna w słowach, powściągliwa w emocjach. Opanowana. Despotyczna i nieustępliwa. Niemożliwie uparta a przy tym konsekwentna i pamiętliwa. Nie miała łatwego życia i pewnie starała się, abym– dzięki jej radom i wychowaniu – wiele zakrętów ominęła. Wiem, że starała się w najtrudniejszych momentach trzymać wysoko głowę i podziwiam ją za siłę, która w krytycznych sytuacjach odganiała złe myśli i pomagała wygrywać.

      Mama nie miała łatwego dzieciństwa. Dziadkowie mimo pozornej serdeczności, prowadzili dom zimny i smutny. Mało w nim było rozmów. Mama szybko rozpoczęła dorosłe życie i samodzielnie starała się stworzyć miejsce, w którym i ona i ja miałyśmy czuć się dobrze. Bywało różnie, a po odejściu ojca się pokomplikowało. Mama przez lata miała żal, że to w co wierzyła, całym sercem było tak kruche i nietrwałe. W domu właściwie niczego nie brakowało… pozornie było wszystko… pozornie…

     Zapukałam do jej pokoju. Weszłam. Siedziała na fotelu i czytała o największych tenisistach wszechczasów. Usiadłam na sofie obok. Popatrzyła na mnie zdziwionymi oczami, zamykając książkę.

– „Mamo, czemu nigdy nie mówisz, że mnie kochasz?” – wyrzuciłam to pretensjonalnym tonem, mimo, ze bardzo starałam się, aby było inaczej. Otworzyła oczy szerzej, wpatrując się we mnie z zaskoczeniem.

– O co Ci chodzi? Jak to Ci nie mówię? –powiedziała szybko, lekko poddenerwowana.

– „Nie pamiętam tych słów, wiem, że robisz wszystko dla mnie, ale brakuje mi poza wymianą komunikatów i dyspozycji do zrobienia – takiego podsumowania, jakim jest ten zwrot. Możesz mi to powiedzieć teraz?”. Cisza trwała nieznośnie długo. Niemożliwie przeciągała sekundy chcąc udowodnić, że można zatrzymać czas. Czemu ten cholerny czas nie staje, jak jest cudownie i przyjemnie? Wtedy mu się dziwnie spieszy a kiedy przydałoby się przeskoczyć kilka stref, to nagle powłóczy nogami jak maratończyk na 43 km. Po kilku minutach matka, jakby nigdy nic, sięgnęła po lekturę i odnalazła miejsce, w którym się zatrzymała, zanim zadałam niechciane pytanie. Nie pozostało mi nic innego jak wstać i wyjść, zamykając za sobą drzwi.

    Nie usłyszałam tych słów ani wtedy, ani przez kolejne miesiące. Po skończeniu studiów postanowiłam zamieszkać z Markiem, z którym spotykałam się od jesieni. Mama pomogła mi w tym co była w stanie, załatwiła kilka spraw, w których ja ciągle błądzę. Na pierwszy weekend w nowym domu, zaprosiłam ją do nas na kolacje. Było miło, spokojnie, bez zbytniej wylewności, ale ciepło i rodzinnie. Odprowadziłam ją do auta i pożegnałam się, machając – ja ręką, a pies ogonem.

Chwilę rozmawiałam z Markiem o wieczornym spotkaniu. Posprzątaliśmy w kuchni naczynia i pozostałości po kolacji. Byłam zmęczona, więc poszłam położyć się pierwsza. Na poduszce w sypialni leżała niebieska koperta. Otworzyłam ją zaskoczona i ciekawa…

Na błękitnej kartce, małymi, równymi literkami, czarnym tuszem z ulubionego pióra, ręka mamy napisała…

„kocham cię moja córko…”

*

      Do rozmowy z matką zbierałam się od dawna. Miałam dość ciągłej szarpaniny w głowie. Było coraz gorzej. Nie dawałam sobie rady ze wzburzonymi myślami. Dezorientacja, brak pewności i apatia zaczęły przewodzić w moim życiu. Nie chciałam tego i mimo, że nie było mi łatwo, postanowiłam przynajmniej szczerze porozmawiać. Wiele razy próbowałam już dialogiem, czy chociaż monologiem, wywołać jakąkolwiek reakcję. Jak do teraz się nie udało.

Matka, od kiedy pamiętam, zmieniała partnerów częściej niż byłam w stanie zapamiętać ich twarze. Głośna i krzykliwa – zawsze miała coś do powiedzenia. Przy częstych odwiedzinach swoich adoratorów – wylewna i przesadnie uczuciowa. Od lat, nie stroniąc od alkoholu, w czasie trwania ,,przyjacielskich’’ spotkań im bardziej się słaniała, tym bardziej kochała mnie i siostrę. Wszystko robiłyśmy dobrze, a ona była taaaka dumna z naszych wątpliwych, w moim odczuciu, osiągnieć. Sprawy miały się już nieco inaczej, kiedy procenty wyparowywały z krwioobiegu. Stawała się wtedy opryskliwa i wulgarna. Wyzywała na czym świat stoi, wszystko, co było w zasięgu jej wzroku. Ostatnim s………m był pies, który chciał wyjść i drewniany stolik, o który się uderzyła. Wychodziłam wtedy z domu. Wracałam, kiedy znowu kochała mnie nad życie i chwaliła się córkami prezentując nas jak psy na wystawie.

Dzisiaj nie było u niej nikogo. Siedziała od kilku godzin w pokoju, od czasu do czasu zmieniając kanał w burczącym tv. Siadłam na krześle i patrząc jej w oczy zaczęłam:

– „Wielokrotnie, każdego dnia mówisz jak kochasz mnie i Martę, jednak to co robisz temu przeczy. Nie wiesz nic, co robię ja, ani ona, nie interesujesz się od lat niczym, poza wieczornym składem gości i ilością przyniesionych butelek. Przykro mi to mówić kolejny raz, ale nie czujemy, że mamy mamę, że jesteś z nami…”

– „Rybko, co ty wygadujesz?! Przecież kocham was nad życie! Wszystko bym dla was zrobiła, no nie rozumiem, czemu mnie tak ranisz… Skarbie, przecież wiesz jak jestem z was dumna. Nie mów więcej tych głupot i jak możesz idź do sklepu, bo zanim przyjedzie Tadeusz, mam ochotę na lampkę wina. Przecież nie ma w tym nic złego. Możesz mi to szybko przynieść?? Aaaa i jeśli masz gdzieś dzisiaj nocować, to możesz zrobić sobie też jakiś miły wieczór, bo chyba Tadeusz nie będzie sam ,więc przyda nam się twój pokój. No, a teraz pośpiesz się i pamiętaj, że mama bardzo was kocha”. Powiedziała to szybciej niż można i zmieniła kanał pogłaśniając relację z tańca z gwiazdami.

Wyszłam z pokoju trzaskając drzwiami. Na klatce schodowej słyszałam jeszcze siarczyste zaklęcie. Zbiegałam ze schodów z mokrą twarzą. Czułam się jak śmieć, który nic nie znaczy. Pobiegłam do parku. Posiedzę do rana na ukrytej przed światem ławce. Dobrze, ze jest ciepłe lato, wiec nie będę musiała się do nikogo wpraszać. Wrócę, jak goście postanowią zakończyć biesiadę…

„…przecież mama mnie tak kocha…”

*

     Przyjechałam do domu w dobrym humorze, po udanym, miłym dniu.

– „Już jestem!” Wrzeszczałam tradycyjnie od wejścia.

-„Mamo!! Twoja ukochana córka wróciła i umiera z głodu!”. Zrzuciłam tenisówki w holu i szybko pobiegłam do łazienki, głaszcząc po drodze witającego mnie psa. Za 2 min siedziałam przy stole w jadalni. Mama już przygotowała talerze, podgrzewając obiad. Nalałam nam wody z ulubioną limonką. Pomogłam rozkładać sałatki i mięso. Mama zanim usiadła, podeszła do mnie z tyłu i bawiąc się sprężykowatymi kosmykami, rozwichrzyła mi fryzurę, jak to robi od lat. Ja, tradycyjnie, kiedy ona bawiła się włosami przytuliłam ją z całej siły w pasie i tak chwile trwałyśmy. Za każdym razem, czuję się wtedy jak jedyny szczęśliwiec na ziemi, który dostąpił wyjątkowej magii i radości. W czasie kilku chwil tego uścisku, przepływa miedzy nami bliskość, więź, miliony emocji i słów. Puściłam mamę i popatrzyłam jej w oczy. Moje szare, a jej lazurowe mówiły to samo zdanie…

„kocham cię”

*

      Można mówić tysiące słów i nic nie powiedzieć. Można być głuchym na deklaracje, zapewnienia i przysięgi, mimo, że brzmią one częstymi dźwiękami. Można ciszą powiedzieć najpiękniejsze rzeczy. Rozmawiać gestami, które upewniają w szczerości przekazywanych myśli i emocji. Można też w tym wszystkim pogubić się i błądzić, między niepewnością, rozgoryczeniem i smutkiem.

Ważne jest żeby pamiętać, że słowa bywają przezroczyste. Słowa w pewnych sytuacjach nie mają znaczenia. Są za małe, aby pokonać czyny.  Za kruche, żeby stawić opór zachowaniom.

Warto się zastanowić, czy to, co mówimy nie jest tylko ulotnym zwrotem i czy potrafimy bez pomocy słów przekonać najbliższych, że są dla nas wszystkim…

                                                                                  … i szczerze ich kochamy…