Zanim dałam to ogłoszenie, biłam się z myślami kilka lat. Nie potrafiłam sobie poradzić z tym, co się ze mną stało. Przestałam się poznawać. Przestałam rozumieć. Każdego kolejnego dnia, było coraz mniej… mnie… we mnie. Nie potrafiłam tego wyjaśnić w swoim otoczeniu, od których celowo się izolowałam. Wiedziałam, że nie są w stanie pojąć, co mi jest, jak mnie nie poznają, jak się martwią i chcą pomóc, jednak nic nie jest w stanie mnie odzyskać.

Minęło kilka lat, zanim pogodziłam się z pewnymi rzeczami. Zajęło mi to ponad 4000 dni, które przeżyłam, życiem innej, nieznanej mi postaci, we własnym ciele. Przyzwyczajałam się do tej dziwnej obcości i małymi krokami budowałam świat. Mój świat, który nie miał już nic wspólnego z tym, po którym chodzą pozostali ludzie. Przestałam ich dostrzegać. Przestałam odczuwać potrzebę kontaktu, chęci rozmów, czy wspólnego spędzania czasu. Stało się coś przedziwnego. Przestałam ich rozróżniać, wszyscy stali się tacy sami… obojętni, niewidoczni, nie potrzebni. Jakiś czas jeszcze sporadycznie, kontaktowałam się z niektórymi. Kilka razy chciałam oszukać samą siebie, w poszukiwaniu utraconego życia, które oddalało się już nawet w mojej pamięci. Próby, na jakie naraziłam innych, skończyły się lodowatą świadomością, że to kompletnie nie ma sensu i lepiej szybko uciec do swojego schronienia, w którym ta nowa osoba, ja, czuje się najlepiej.

Napisałam krótki anons w ,,ogłoszeniach drobnych’’, ale wybrałam pogrubienie i ramkę, podkreślając tym, ważność słów, jakie w niej umieściłam. ,,Szukam osób z wyrwanym sercem’’ – proszę o kontakt pod numerem telefonu…’’- brzmiało zdanie, w którym zawarłam ostatnie lata. Lata, gdzie sen był moim życiem, a życie zamiennikiem snu. Odwróciła się relacja sen/jawa. Na jawie, byłam jak ktoś wymyślony, kto zniknie, jak tylko otworzę rano powieki. W snach byłam kobietą, która spełnia się w związku, kocha namiętnie i ciepło – otaczając miłością najbliższych. Byłam kimś, kim przestałam być pewnego dnia, kiedy los wyrwał mi serce i bez słowa z nim wyszedł. Wyciągnął je i nic nie włożył w puste miejsce, jakie powstała, po jego stracie. Nie wymienił na inne, które pozwoliłoby rozpocząć nowe życie, chociaż nie bez wątpliwości mózgu, który i tak wie zawsze swoje. Przeznaczenie wydarło mi serce z piersi, a to odmieniło nieodwracalnie wszystko…

To był początek życia, które już na zawsze pozbawione zostało chęci, emocji, miłości. Po tym zdarzeniu, nie umiałam już, ani mówić, ani chodzić, ani myśleć – tak, jak robiła to osoba, którą znałam od poczęcia. Wstał rano ktoś inny. Koślawy. Chory. Zwlókł się z snu/jawy, której nie chciał opuszczać. Od teraz mięśnie straciły sprężystość i giętkość, mózg postanowił nie przyjmować informacji, oczy wodziły po otoczeniu, ale nie widziały kolorów, ani ciepła, jakie roztaczał dotychczas świat. Wiele razy usłyszałam, że to chwilowa depresja, niedyspozycja po zawodzie i stracie. Wiele razy usłyszałam, że będzie wszystko dobrze, że całe życie przede mną, że to minie… że…

Przestałam się kontaktować ze znajomymi, bo stali się ,,zafoliowani’’, a kontakt z kimś sztucznym i nienaturalnym mnie obrzydzał .Brzydziłam się identycznie siebie, bo taka sama folia otoczyła moje ciało, które straciło siłę i tylko przemieszczało się wolno i bez energii w koniecznych i niezbędnych potrzebach. W pierwszych latach pozwoliłam sobie na minimalne odsłonięcie plastikowej tarczy i próby nawiązania kontaktu ze swoim gatunkiem, ale to były fatalne porażki. Wiedziałam, że nie jestem w stanie znieść niczyjej obecności, mimo, że samotność zawsze była dla mnie śmiercią, której nie chciałam poznać.
Po kilku latach zrozumiałam, że z wyrwanym sercem pozostanę na zawsze zimna. Nie mam możliwości, ani prawa wrócić do wcześniejszej, znanej egzystencji. Po tysiącach nocy, które były spełnieniem marzeń i jedynymi momentami, kiedy cokolwiek czułam – pojęłam, że połączenie z kimś życia, może wiązać się ze stratą serca. Dotarło do mnie, jak kluczowe jest współistnienie z kimś, kto odda nam tą część w identyczny sposób, aby też nie ponieść porażki. Nie stracić ani więzi, ani symbiozy, jaka się wytworzy. Zależności, która zamknie powrot do pojedynkowego istnienia. Pogodziłam się z tym, że nic nie wypełni pustki, która została we mnie na znak, że było tam coś cennego. Na przypomnienie, że pozwoliłam sobie na zaufanie i wpuszczenie kogoś, w tak głębokie rejony. Dając to ogłoszenie chciałam utwierdzić się w tym, że nie zwariowałam i szukać zrozumienia u ludzi, którym pewnego dnia los kazał toczyć życie z wyrwanym sercem.

Zadzwoniło wiele osób. Co jakiś czas telefon przynosił kolejnego straceńca, który jak My żył życiem, którego nie sposób zmienić. Zaprzyjaźniłam się z tymi osobami, tkwiącymi w niezrozumieniu i śnie. Uciekły w izolację, bo pustka po wyrwanym sercu nie jest do zastąpienia, do łatwego wypełnienia. Starali się jak ja. Udawali, że się uda, ale to były tylko automatyczne zachowania, pozbawione czaru, magii, ciepła. Są też tacy, którzy chcieli się zmusić do zastępstwa, ale to przynosiło łzy i ból osób, które mając serca gotowe do oddania… nie rozumiały…. Nie wolno tym okaleczonym, wymagać od zdrowych, aby ich rozumieli. Nie trzeba im tego tłumaczyć i odbierać tego, na co w pełni zasługują. Nie mamy prawa po tym jak daliśmy komuś swoje serce, zabierać kolejnego, nie mogąc odwzajemnić daru.

Są momenty i sytuacje, kiedy los pozostawia w nas puste miejsce. To znak, że przestaliśmy należeć do świata osób, które mogą współtworzyć jedność. To znak, że czeka nas istnienie w innym wymiarze i nic na to nie poradzimy. Możemy tylko starać się nie ranić tych, którzy patrzą na nas z niezrozumieniem i pozwolić toczyć światu dalej, swoje zagmatwane historie. Zdarzenia, które będziemy beznamiętnie śledzić opatuleni w folie.

Zanim ofiarujemy komuś całkowite oddanie, jakim jest złożenie bijącego serca, warto dobrze poznać dłonie, w jakich ułożymy nasze wnętrze. Dobrze jest mieć świadomość konsekwencji, jakie niesie z sobą zły wybór. Sprawa lekceważona z drugiej strony, też nie kończy się dobrze, bo wyrywając komuś serce, zmieniamy siebie na zawsze. Zgniatając w dłoniach otrzymany dar, na wieki skalamy się krzykiem duszy, która z bólu i żalu – błaga o litość. Prosi o życie do ostatniego tchnienia. Po takich sytuacjach, ciężko przyjąć w zakrwawione dłonie kolejne i kolejne ciepłe szczęścia…

Powierzamy nasze serca z powodów miłości, która potrafi zmieniać świat i pokonać wszelkie granice. Z miłości do rodziców, partnera, dzieci, przyjaciół – możemy spełniać marzenia i jednoczyć się niewytłumaczalnie w szczęściu. Możemy również z beztroski, czy nieuwagi skalać swoje dłonie nienaprawialną krzywdą, lub narazić się na pustkę, której nic nie zastąpi.
Zdarzały się przypadki, że komuś tak uparcie zależało na życiu z okaleczonym losową tragedią, że potrafił swoim ogromnym, przepełnionym miłością sercem wypełnić pustkę, jaka trawiła nieszczęśliwca. Zdarzały się spotkania dwóch osób, które potrafiły żyć jednym sercem i wtedy wracały kolory i siła. Wtedy w dwójnasób docenia się szczęście i zależności ludzi, bez których nie chcemy istnieć. W każdym z okaleczonych tli się maleńka nadzieja, że pewnego dnia pustka zniknie…

Jak wiec ważną decyzją jest wybór odpowiedniego odbiorcy naszego wnętrza, wiedzą najlepiej ci, z którymi rozmawiam, na spotkaniach…

…żyjących z wyrwanym sercem…