Od małego, otoczenie wpaja nam zasadę, żeby skończyć to, co się zaczęło. Od zawsze mówi o zbawiennej konsekwencji, która ma nas doprowadzić do zwycięstwa. Poucza – już kilkulatka, żeby trwał przy tym, co postanowi, bo to cenna zaleta. W liceum wiadomo, że jak sobie pościelisz tak się wyśpisz, a po studiach nie ma złudzeń, że życie zależy od nas i naszych decyzji. Niezależnie jednak od okoliczności i wieku bezcenna jest dewiza – żeby walczyć do podium. Do końca. Do finału powziętych decyzji. Do spełnienia marzeń i osiągnięcia celu…

      Przeważnie trwamy w swoich postanowieniach do końca. Nie jeden raz zaciskając zęby, ale mocno wierząc w środku, że tak trzeba. Czy było warto?… różnie, bo jeśli decyzje dotyczą tylko nas łatwej, ale jeśli dochodzi do tego MY, nie jest tak prosto. Nie można wygrać, jeśli pozostali zawodnicy wypadają nagle z gry. Nie można nic zrobić za kogoś, czy wbrew innym. Można decydować tylko o sobie…a czasami to niestety za mało…

      Życie plecie się nieprzewidywanie. Serce podpowiada jedno, a rozum drugie. Czasem się zgadzają, często polemizują. Nadzieja, swoją spokojną stanowczością – przekonuje o sile zdecydowania i wadze konsekwencji. Na domiar złego rzeczywistość pędzi coraz szybciej. Świat wiruje kolorami, namawiając do zboczenia z wytyczonej trasy. Ludzie żonglują zasadami jak jabłkami, które pasują tylko do jednego występu. Coraz częściej skarżymy się na luki w pamięci. Masowo galopujemy, w jakimś nieokreślonym kierunku. Nie planujemy za wiele, nie za daleko. Ciężko przychodzi składanie deklaracji. Mało, kto pamięta czasy, kiedy słowo było bezcenną wartością, a zawarte przysięgi obowiązywały do śmierci. Nie ma świętości. Upadły ideały. Nawet Anioły tracą charakterystyczną aurę. Wszystko jest dziś. Tu i teraz. Starość, przyszłość, to wydaje się odległą, kosmiczną krainą. Mamy się dobrze sprzedać! Już. Wycisnąć z mijającego czasu ile się uda. Natychmiast. Przeżyć jak najwięcej. Jak najmocniej. Nie ma, na co czekać. Jak nie taka opcja, to inna, jak nie tak, to tak…

      Zagubieni w chaosie, w który sami się uwikłaliśmy, podejmujemy decyzje, żeby za chwilę je zmienić. Miotamy się, jak pozbawieni rozumu, świadomości, uczuć – miedzy: „nie” i „tak”. Przekładamy z jednej szali na drugą – zasady ważne i nieistotne. Zapominamy, co sobie obiecaliśmy. Zaprzepaszczamy dotychczasowe starania, aby zdobyć coś innego, gdzieś indziej, z kimś innym… Coraz bardziej zdezorientowani, sfrustrowani i nieszczęśliwi…

      Ile razy, każdy z nas poddał się piekielnej rezygnacji? Ile razy patrzył, jak inni z nią przegrywają?

      Renata i Leszek znali się od dziecka. Mieszkali blisko siebie i często spotykali się w podwórkowych zakamarkach. Opowiadali sobie pierwsze sekrety. Dzielili poznawanymi doświadczeniami. Mijały lata, a oni chętnie spędzali czas w swoim towarzystwie. W liceum byli już parą. Niemal nierozłączną. Nie mieli wątpliwości, że są sobie przeznaczeni i widzą świat podobnie. Rozumieją wiele rzeczy w „właśnie ten sposób” i pragną, poza sobą – identycznych marzeń. Studia minęły im na snuciu planów i układaniu życzeń, na czekające życie. Byli szczęśliwi. Składali sobie deklaracje na zawsze. Wierzyli, że nic ich nie złamie i wspólnie przebiegną – kłody rzeczywistości. Po studiach pojawiły się problemy z pracą. Wspólne mieszkanie, okazało się możliwe, tylko w przypadku posiadania pracy. Po kilku miesiącach postanowili, że Leszek spróbuje wyjechać do Londynu i tam, popracować z kolegą ze studiów. Decyzja o czasowej rozłące była ciężka – nie widzieli innego wyjścia. Pragnęli wspólnego życia, więc wierzyli, że to pomoże w realizacji wspólnych marzeń. Renata dostała pracę w banku. Leszek miał zostać kilka miesięcy tam i wrócić z oszczędnościami, bądź poszukać ukochanej pracy na wyspach. Pierwszy rok minął szybko. Przesiadywali na Skype godzinami. Dzielili się tym, co niestety – przeżywali oddzielnie. Kilka spotkań w ciągu roku. Renata chciała przyjeżdżać częściej, doskwierała jej samotność i coraz dłuższa rozłąka. Paweł miał coraz więcej zajęć. Przylatywał rzadziej. Pewnego dnia powiedział, że nie wraca. Zostaje tam. Tak woli. Tak będzie łatwiej. Ona musi sobie poradzić w Polsce, skoro tak to się poukładało. Nie zaproponował jej przyjazdu, czy wspólnych starań o ,,Ich razem’’ – tam. Nie pisnął słowem o zamożnej angielce, która zatrudniła go w swojej korporacji, ani o tym, że układ, który ma z nią od wielu miesięcy jest korzystny a nocami – nawet przyjemny. Po tej rozmowie zmienił numer telefonu. W tym dniu… zburzył ich świat nieodwracalnie…

     Kris miał wielki dar. Potrafił w każdej sportowej konkurencji wygrywać w podwórkowych rywalizacjach. Niebywała koordynacja. Wybitne predyspozycje. Każdy centymetr jego ciała, słuchał go ze szczególną uwagą i precyzyjnie wykonywał zadania. Szybko dostrzegli go trenerzy, którzy postanowili pomóc chłopakowi osiągnąć szczyt. Przesunąć granicę. Pierwsze sukcesy przyszły bardzo szybko. Wiodącą dyscypliną Pawła stał się bieg na 100 m. Na rekord Polski, nie trzeba było czekać długo, otworem stały największe stadiony świata. Jak grzyby po deszczu wyrastali wielcy sponsorzy. Nie było problemów z przyjaciółmi, zachcianki spełniane były jak za przekręceniem pierścionka Arabelli. Trenerzy ze wszystkich sił, starali się uchronić Krisa, przed zgubną popularnością, w jakiej się zatracał, uświadamiali ważność uczciwej, honorowej postawy sportowca. Tak szybko jak pojawiły się sukcesy, tak błyskawicznie okazało się, że lokalni trenerzy nie są potrzebni. Na studia wyjechał już z nową ekipą do USA. Tam obiecali mu najnowocześniejsze metody treningów i wszelkie dostępne środki medyczne. Doradcy, przekonywali go do coraz innych działań. Coraz poważniejszych eksperymentów z ciałem. Sprzecznych z jego ideałami, ale siedział cicho. Płynął na fali… Przyjaciele klepali go po plecach, dziewczyny chętnie wskakiwały do sportowych samochodów. Zmieniały się tak szybko, że o żadnej nie wiedział za wiele. Po treningach i wyczerpujących kuracjach lubił odpłynąć w niebyt, bez kontroli. Coraz bardziej zagubiony, coraz bardziej samotny – nie mając 25 lat po drugiej antydopingowej pozytywnej kontroli, został dożywotnio zdyskwalifikowany. Sponsorzy wyparowali. Trenerzy zniknęli – mamiąc kolejne talenty. Laski zmieniły modele samochodów. Kris przestał istnieć.

      Cezar poznał Kasię miesiąc przed swoimi 30-stymi urodzinami. To było spontaniczne spotkanie w grupie znajomych, jednak kobieta zrobiła na nim ogromne wrażenie. Okazało się, że są równolatkami i łączy ich wiele wspólnych pasji, zainteresowań. To było jak przeznaczenie, jak nieoczekiwane zrządzenie losu. Mimo, że byli w jednym wieku, ich życie wyglądało całkiem odmiennie. Cezar był w separacji i miał poważne dylematy związane z zachowaniem 10 letniego syna, który nie radził sobie, z sytuacją między rodzicami. Od dawna nie układało im się w związku, ale odkładał decyzję o rozstaniu, bo nie chciał dla syna niepełnej rodziny, z jakiej sam pochodził. Nie planował kolejnych związków. Nie uganiał się za kobietami, mimo, że był wyjątkowo przystojnym mężczyzną. Miał świadomość, jakie wrażenie robi na płci przeciwnej, jednak sytuacja rodzinna była tą, która całkowicie pochłaniała jego emocje. Kasia wróciła z Paryża, gdzie spędziła ostatnie 2 lata. Mieszkała z koleżankami, z którymi prowadziła agencję reklamową. Lubiła swoje zajęcia i beztroskie życie. Cezar ujął ją swoją dojrzałością i poważnym podejściem do związku, zasad, wartości. W ich rozmowach często pojawiał się temat rodziny, którego tak bardzo brakowało Kasi. Pragnęła dzieci, stabilizacji, opieki, zrozumienia. Chciała to wszystko dzielić z Cezarem. Mężczyzna początkowo nie brał pod uwagę odejścia od rodziny. Wiedział, że nie wygląda to dobrze, ale chciał to utrzymać. Po spotkaniach z Kasią spojrzał na to inaczej. Po kilku miesiącach postanowił odejść. Czuł, ze Ona staje mu się coraz bliższa. Uwierzył w miłość, o jakiej zawsze marzył. Postanowili wspólnie, że to dla nich ważna decyzja. Padły słowa o ogromnej sile, które dla Cezara były wszystkim. Postanowił zaufać przeznaczeniu. Wystąpił o rozwód. Mimo problemów z synem, który nie mógł się pogodzić z rozstaniem rodziców i nie akceptował Kasi – czuł radość i spełnienie. Czuł, że rozpoczyna życie, jakie się uda, jakiego chce. Po 2 latach zamieszkali razem. To wiele zmieniło w zachowaniu Paryżanki. Nie lubiła przebywać z synem Cezara i coraz częściej potrzebowała spotkań z koleżankami, które jak przekonywała do niedawna – były nieistotnymi znajomościami. Dotychczasowe, „wspólnie” i „razem” zaczęło ją irytować i po całkowitym oddaniu Cezara, jakim była droga do ich życia – plany o rodzinie i bliskości słabły. Po pół roku wykrzyczała mu, że się dusi, że potrzebuje wolności. Pewnego dnia wyszła… wróciła do Paryża i życia, którego tak nie chciała…

     Kilka lat temu, ktoś bardzo dla mnie ważny, komu ufałam bezgranicznie i wierzyłam stuprocentowo często powtarzał zdanie: „nie zmienia się zwycięskiej drużyny”… Zmienił ją w momencie, kiedy ja byłam przekonana, że stoimy na najwyższym podium… z napisem: „na zawsze”…

     Nikogo nie da się do niczego zmusić. Nikogo na siłę przekonać, czy zatrzymać. Nikogo nie namówimy do konsekwencji, czy obietnic, jeśli przestaje się czuć i już nie zależy. Można jednak postarać się podejmować decyzje z większą rozwagą. Popatrzeć sercem, bo często dotyczą one bardzo ważnych części naszego życia, a jeszcze częściej innych osób, którym składamy obietnice. Rezygnując z powziętych postanowień, czy wspólnych planów, możemy bezpowrotnie zniszczyć swoje życie…