Obserwuję uważnie otaczającą mnie rzeczywistość i dochodzę do wniosku, że gdzie się nie ruszę, natykam się na Pinokia. Występuje On pod różnymi postaciami i czyha niemal wszędzie. Pojawia się w najdziwniejszych miejscach, a jego znakiem rozpoznawczym, jest umiejętność łgania jak z nut i posługiwania się kłamstwem z łatwością oddychania. Przyglądam się temu baczniej, bo coraz bardziej gubię się w gmatwaninie sprzecznych sygnałów, jakie wysyła w moją stronę inwazja Długonosych. Jak sobie radzić w kontaktach, z symbolem zarezerwowanym kiedyś dla drewnianej pacynki i jak reagować na jawne kłamstwa, którymi karmi Pinokio, pewny, że wierzysz mu w każde słowo?

    Daję się ściemniać od lat, więc to też uśpiło czujność otaczających mnie łgarzy, którzy tak już wtopili się w swoje role, że jawne kłamstwo stało się przekonywującą prawdą. Czuję się coraz bardziej osaczona i manipulowana, co owocuje nieufnością i podejrzliwością. Na odpoczynek od ciągłego doszukiwania się nieprawdziwych informacji, pozwalam sobie tylko podczas niedługiego snu. Niestety i Morfeusz nauczył się uciekać do dziwnych manipulacji, więc i jemu przestałam wierzyć bezgranicznie.

    Przygoda z Nimi zaczyna się od świtu. Wczoraj meteorolodzy opowiedzieli mi szczegółowo o aurze, jaka miała mnie przebudzić i przywitać w drodze do roboty. Przygotowania garderoby wzięły w łeb, bo pogoda nie dostosowała się do rozpiski, jaką z przekonaniem odczytali w tv.

    Biegiem zatem, już przekonana, że spóźnienie mam pewne jak w banku – chociaż tam też już pozatrudniali Pinokiów – gnam zasapana, na złamanie karku. Po 10 minutach kłusa, czuję jak skrobią mnie zakupione kilka dni temu przecudowne ciżemki. Butki, które miały masować moje stopy niczym tajski magik tej specjalizacji, teraz wgryzały się w stopę lepiej niż potrafi to pirania. Sprzedawca, zaklinał się, że nieziemsko wygórowana cena, to wynik zastosowanej technologii kosmicznej zamkniętej w tym przedmiocie, aby służył ludziom i spełniał ich oczekiwana. Jak widać idealnie łyknęłam ściemnianki, porywając się na zakup, który miał mi przynieść komfort i przyjemność, a okazał się kłopotliwym intruzem. Nieprzyjacielem, który niestety musiał pozostać na moim ciele do wieczora. Konsekwencję głupoty przypomina mi bezlitośnie każdy krok…ehhh. Dotarłam do roboty, gdzie kilku Pinokiów umilało mi dzień swoimi tyradami, jak nie o moim cudownym wyglądzie, to o wspaniałym zestawieniu ciuchów, które jak wiemy nie pasowały do niczego, wybrane w popłochu.

   W porze lunchu, w kawiarni na dole, przy składaniu zamówienia 10 x upewniałam się, czy będzie świeżo i zdrowo. Otrzymałam kilka uśmiechów i zapewnienia o oczywistości sprawy, po czym za chwilę, na stole wylądowało całkiem coś odmiennego. Trąciłam kilka razy widelcem to nieporozumienie i z niesmakiem, oraz głodem, powróciłam do offisu. Mogłam być czujniejsza, zamówić coś pewniejszego, albo nabyć na dole dzisiejszą bułkę. Niby chwile wcześniej cieplutką, a przed ugryzieniem czerstwą…

    Wróciłam na stanowisko i znowu napadł mnie Pinokio z działu obok, zaklinając się, że zrobił, skończył, gotowe. Niestety, jasne to było tylko to, że robota nadal jest nietknięta, bo mam na niego oko od tygodnia. Kolejny w dziale płatności gwarantował, że przelewy wysłane, tylko niewytłumaczalnie – 3 tydzień lewitują w przestrzeni wirtualnej, zagubione jak owieczki i beczą pewnie u drzwi do kont, nie widząc jak je otworzyć … o matko… no mówię przecież, że gdzie się nie ruszysz są…

    Po kieracie czas na wizytę w banku. Miało być tak pięknie i kolorowo, już witałam się z gąską, a kolejny miesiąc karzą mi donosić – reklamówki niestworzonej makulatury. Pinokio mówi zawsze, że tak oczywiście, wszystko gra i jak najbardziej, a za kilka godzin dzwoni, że kalkulacja się zdziwiła i kazała dostarczyć jeszcze… i tu kolejna lista…

    Po wizycie w oszukiwalni, kupiłam kilka podstawowych produktów: prasę, wino, jakieś puste kalorie na pocieszenie – bo Józka ma wpaść wieczorem, pochwalić się opalenizną z wyjazdu i innymi newsami. Pospiesznie szurając obuwiem po chodniku, przydeptując cholerne cuda technologii szewskiej – celowałam do domu.

    Przeglądnęłam gazetówkę pobieżnie, gdyż już po nagłówkach widziałam, że tam też czyhają Nosowi Bracia. Odłożyłam czym prędzej zbiór nieprawdziwych prawd i szykowałam się na odwiedziny spieczonej koleżanki. O 19 wturlała się zadowolona i od wejścia zaczęła trajkotać, o cudownym pobycie w Turcji. Ona naprawdę ma mnie za totalną idiotkę! Od roku narzekali ze Zdzichem, że nie mają na raty i sieć Motylek ich ratuje. Jej mąż to mój były, z którym nie raz dywagujemy na temat konfabulacji Józi. Koniec końców ona sama uwierzyła, że była w Turcji na wypasie all, a ostatecznie, dwa tygodnie leżeli na polu namiotowym, 30 km od miasta.

   Skończyłyśmy klepać głupotki przed północą. Jutro może zadzwonię, co z moim autem, bo od miesiąca tłukę się komunikacją, a Specjalista Mechanik też ma ten dziwny błysk w oku. Od kiedy „opiekuje” się moim pojazdem, już kilka razy wymienił w nim zawieszenie i podstawowe układy. Chyba odbiorę wymarzonego Mustanga 69.

    Na dobranoc kołysały mnie wynurzenia polityków, forsujących już „na bezczela” swoje racje. Jeszcze tylko mignęły mi informacje o podwyżkach, jakich miało nie być i pies zabrał mnie na ostatni spacer. Jakoś nie udało mi się go skitować, że już na nim byliśmy, mimo, że starałam się być zdecydowana i przekonująca. Dziwne, bo użyłam wszystkich sztuczek, jakie na mnie są stosowane nagminnie…

    Was też osaczyła klika Pinokiów, czy tylko ja koleguję się z pechem?…