Historii życia ludzi, którzy na zawsze zmienili świat muzyki i mediów, pokazując nam inne oblicze świadomości i wrażliwości – zna każdy z nas. Myślę jednak, że na ich krótkie biografie mieli wpływ zarówno Ci, którzy wynieśli na piedestał swoich idoli, jak i najbliższe otoczenie, które korzystało z profitów sławy. ,,Przyjaciele’’, rodzina – nie znaleźli czasu na pomoc i zrozumienie dla Geniuszy – przegrywających na oczach wszystkich, ze swoimi demonami. Na ich konsekwentnie wypracowany koniec, miała ogromny wpływ wybitna delikatność duszy, która chciała więcej, czuła mocniej i pragnęła silniej…

      Jim Morrison, Jenis Joplin, Kurt Cobain, Amy Winehouse, Rysiek Riedel, Jimi Hendrix, Scott Weiland, Layne Staley… i wielu innych artystów, zagubionych w swoich mrocznych talentach – upadło za szybko, żeby już nie wstać do kolejnej walki… Dlaczego uzależniają się od heroiny, alkoholu, leków?? Czy doprowadzenie do stanu, kiedy nałóg zawłada życiem – odbiera również odpowiedzialność?? Kończy wewnętrzne walki? Znajduje odpowiedzi? Dlaczego tak wybitne osoby, nie radziły sobie z własnymi słabościami i sławą, jaka wydaje się być sukcesem i celem życia? Sądzę niestety, że tak jak nadwrażliwość była powodem powstania przełomowych dzieł i kreacji, tak ona właśnie doprowadzała do destrukcyjnego zniszczenia. To talent i silniejsze odczuwanie świata odnajdywało finał w śmierci, która dla wielu stawała się wybawieniem i wyczekiwanym końcem. Byli autorami wybitnych tekstów, niesamowitych przełomowych objawień, rozwijając sztukę o kolejne nieznane przestrzenie, a jednak popadali w otępienie, nie radzili sobie w związkach, z sobą – wybierając izolację i zatracenie.

      Jimi okrzyknięty Królem Jaszczurów, był moim młodzieńczym, zbuntowanym ideałem. W szczenięcej fascynacji, kiedy byłam jeszcze grubo przed 20-tka, uważałam za niebywale artystyczne i genialnie twórcze – odejście w wieku lat 27. Idiotycznie myślałam, że życie po 30-tce, może być tylko nudne i bez sensu, a po 40-tce katastroficznie smutnie i pozbawione szaleństwa oraz radości… Ehhh… Dziś mam 43 i robię chyba najbardziej szalone i kreatywne rzeczy niż dotychczas…

      Zakochana w zaczarowanej postaci Poety, podziwiałam jego balansowanie na krawędzi, przeplatane z poezją, jaką czytam do tej pory. Bezczelnie inteligentny. Charyzmatyczny, nieprzewidywalny, szalony- stał się uosobieniem Artysty Absolutnego. Prowokatora. Tak. To był prawdziwy Wielki Prowokator, wyzywający na pojedynek cały świat. Niezwykle wrażliwy, wręcz dziecinny, ale wyrazista, był człowiekiem z którym dyskutuje się o wszystkim – przy kolejnej porcji używek. Przesadnie oddany swoim przekonaniom i wierny wszystkiemu, co go zaintrygowało i pochłonęło. Zarówno pozytywnym twórczym stronom życia, jak i totalnej destrukcji oraz zniszczeniu. Bezustannie przesuwał granice. Dalej i dalej…

,,Potrafię zatrzymać bieg ziemi.

Sprawiłem, że odjechały niebieskie samochody.

Mogę się zmniejszyć lub stać się niewidzialnym.

Mogę stać się olbrzymem i dosięgnąć najdalszych rzeczy.

Mogę zmienić bieg natury.

Mogę przenieść się dokądkolwiek w czasie i przestrzeni.

Potrafię przywołać umarłych.

Mogę dostrzec wydarzenia w innych światach,

w najgłębszym wnętrzu mego umysłu i umysłu innych.

Mogę

Jestem…’’

      Symbole pokolenia, zamiast cieszyć się z możliwości, jakie przyniosła sława i finansowa niezależność – staczali się wyścigi w dół, niczym bezwolne metalowe kulki z pochyłej równi.

      Dziś mija 5 lat od dnia – kiedy straciliśmy Amy. Zaczarowała nas wyjątkowym talentem, głosem, żeby za niedługo zabrać nam siebie na zawsze. Wielki, szybki sukces i równie dotkliwsze upadki, poniżające publikacje, pijackie bełkoty na koncertach, odwyki, awantury, bójki… Obserwował to cały świat, który wciskał w coraz bardziej wiotkie ciało – nagrody i dolary, aby za chwilę wyśmiewać jej kruchość, obnażać porażki i nałogi. Byliśmy świadkami rozbłysku niebywałego talentu, który za chwilę zgasł, pod wpływem zagubienia i niezrozumienia.  Tlił się jeszcze chwile marnym ogniem, żeby ostatecznie zniknąć na naszych oczach… na zawsze.  ,,Love Is A Losing Game”…

     Mało kto ma takiego pecha, żeby każdy upadek śledziły obce osoby. Patrzyły na przerastające nas demony i przegrywaną walkę z samym sobą. Oni mieli… Na każdą porażkę i potknięcie patrzyło drwiąco tysiące oczu… taka presja nie pomaga w osiągnięciu spokoju i wewnętrznej zgody…

     Każdy z nas ma w swoim otoczeniu samotników i dziwaków. Jeśli poświęcimy im więcej czasu -odkryjemy ludzi o niebywale ciepłych i wrażliwych sercach. Dostrzeżemy Osoby, które boją się pokazać światu swoje wnętrza, w obawie przed wyśmianiem i niezrozumieniem. Często za ścianą złości i agresji, kryją się obdarzeni nadprzeciętną świadomością ludzie, niepotrafiący się wtłoczyć wyścig szczurów, czy żałosną rywalizacje o pozorne lepiej. Przewrotnie – osiągnięty przez Nich materialny sukces i oklaskiwana sława, staje początkiem samozniszczenia. Drogą do śmierci, która będzie sposobem na wolność…

   Swoim uwielbieniem, oczekiwaniami,  presją – stawiamy nie tylko naszych idoli i mentorów TAM, gdzie wcale nie chcieli nigdy być.. Oceniamy, wymagamy…. – nie licząc się z Ich pragnieniami i marzeniami…

     Odzierając Ich z prywatności, krytykując, obserwując każdy krok, gest, błąd… – zabijaliśmy wrażliwe dusze, które potrzebowały spokoju i zrozumienia…

                                                                                   …zabijaliśmy Nieśmiertelnych…